Piąty września 1964 roku, Erfurt, Niemiecka Republika Demokratyczna. W ciasnej hali, w której pachniemokrą wełną i benzyną, trzydziestoczteroletni Amerykanin niesie flagę Stanów Zjednoczonych. Według relacji był to jeden z najdumniejszych momentów jego życia. Rok wcześniej cały świat oglądał na ekranie, jak odtwarzany przez niego bohater próbuje na motocyklu uciec przed niemieckimi żołnierzami. Teraz sam przyjechał do Niemiec, żeby śmigać sześć dni po lasach Turyngii. Nie jako gwiazda, tylko jako zawodnik pierwszej oficjalnej drużyny USA na International Six Days Trial.
Deszcz pada od rana. Trasa to błoto, korzenie i podjazdy, na których Triumph TR6 po przeróbkach przypomina bardziej juczne zwierzę niż maszynę wyścigową. Na tablicy startowej widnieje numer 278, jego ulubiony. Nikogo nie obchodzi, że facet w zabłoconej kurtce zarobił w zeszłym roku więcej, niż cała reszta stawki zarobi przez dekadę.

ISDT to zawody regularności: punkty kontrolne, rozkład jazdy, minuty, których nie wolno przekroczyć. Amerykanie przez pierwsze dwa dni mieścili się w czasie mimo deszczu i prowadzili w klasyfikacji drużynowej. A skoro liczą się minuty i sekundy, trzeba mieć na nie oko.
Pod mankietem przemoczonej koszuli, na lewym nadgarstku, siedzi stalowy zegarek z tarczą w czarnym kolorze. Niewielka, ale solidna, osadzona na skórzanym pasku koperta trzyma się mocno pomimo niesprzyjającej aury i trudnych warunków, a czerwony przycisk jest jedyną plamą koloru w tej szaro-brunatnej scenie. Stoper chodzi, mijają kolejne zakręty.
Potem następuje to, czego nie przewidział żaden rozkład. Kilka dni po starcie, w wąskim wąwozie, przy dużej prędkości, na trasę wyjechał widz na motocyklu. McQueen został zahaczony i wyrzucony w powietrze. Dla niego zawody się skończyły. Drużyna nie zakończyła jednak startu porażką. Dave Ekins i Cliff Coleman zdobyli złote medale, John Steen srebrny.

Na zdjęciach z tego tygodnia, podobnie jak na dziesiątkach innych z tamtych lat, McQueen ma na ręku zawsze ten sam zegarek - Hanhart 417 ES. Sześćdziesiąt dwa lata później niemiecka manufaktura z Gütenbach wypuszcza zegarek, który tę historię opowiada na nowo.
Człowiek, który nie grał
Przyznaję, że Steve McQueen od dawna mnie fascynuje, ale przypinanie mu etykiety „King of Cool" stało się tak częste, że prawie przestała ona cokolwiek znaczyć. Dlatego zacznę od faktów, które „cool” raczej nie są.
Urodził się w 1930 roku w Indianie, a młodość miał taką, jakiej nikt nie kupiłby w scenariuszu, bo wyglądałaby na przesadę. Matka, nie radząc sobie z jego wychowaniem, oddała go pod opiekę wujowi Claude’owi, właścicielowi farmy w Slater w stanie Missouri. którego sam Steve określał jako „bardzo dobrego, bardzo silnego i niezwykle sprawiedliwego”. W wieku 12 lat wrócił pod skrzydła matki, a mając 14 lat został członkiem ulicznego gangu, na skutek czego trafił do „Junior Boys Republic”, swojego rodzaju szkoły poprawczej. Potem odsłużył 3 lata w piechocie morskiej, po czym imał się różnych prac dorywczych i w 1952 roku zaczął naukę aktorstwa w nowojorskim Neighborhood Playhouse.

Na ekranie nie polegał na słowach. Polegał na spojrzeniu, postawie i pauzie. Jego bohaterowie mówili mało i pokazywali, kim są tym, co robili. Ten oszczędny styl stał się jego znakiem firmowym. Serialem „Wanted: Dead or Alive" zdobył popularność telewizyjną, a „Siedmiu wspaniałych" przeniosło go do pierwszej ligi kina.
W „Wielkiej ucieczce" (1963 rok) zagrał Hiltsa, jeńca, który wciąż ląduje w karcerze i wciąż kombinuje. Potem przyszły „Cincinnati Kid", „Sand Pebbles" (nominacja do Oscara), a w 1968 roku dwa filmy, które ustawiły jego legendę: „Thomas Crown Affair" i „Bullitt". Pościg samochodowy z „Bullitta" po wzgórzach San Francisco do dziś uchodzi za wzór tego, jak kręci się jazdę samochodem i sceny pościgów. W 1971 roku nakręcił „Le Mans", później zagrał jeszcze w „Papillonie" i „Płonącym wieżowcu". W 1974 roku był najlepiej opłacanym aktorem świata.
Zmarł w 1980 roku, w wieku pięćdziesięciu lat, krótko po kręceniu ostatnich filmów.
McQueen ścigał się naprawdę
Ta kariera filmowa to jednak tylko połowa opowieści. Druga połowa toczyła się poza kamerą i, jak sądzę, mówi o nim więcej. McQueen ścigał się naprawdę. Najpierw na motocyklach, głównie na Triumphach, po kalifornijskiej pustyni.

Pod pseudonimem „Harvey Mushman" startował w zawodach, żeby nie zwracać na siebie uwagi i obejść zakazy, jakie nakładali na niego producenci filmowi. Kiedy ktoś powtarzał, że kask i pseudonim niczego nie zmieniają, bo styl jazdy zdradza gwiazdę, nie było w tym przesady. W 1964 roku pojechał w pierwszej oficjalnej drużynie USA na ISDT w Erfurcie. Amerykanie, mieszanka pustynnych weteranów i gwiazdora kina, przez dwa pełne dni prowadzili w klasyfikacji o Srebrny Wazon. Później przyszły rajdy Baja 1000, a na zdjęciach z Baja Peninsula z 1969 roku widać go na zdjęciu z kolegą-fotografem, w chustce na szyi i z zegarkiem na ręku.
W 1970 roku, ukończył 12 godzin Sebring na drugim miejscu w Porsche 908, z gipsem na złamanej stopie. Swoje życie sam podsumował zdaniem, które również Hanhart umieścił w swoim materiale prasowym: „I'm not sure whether I'm an actor who races or a racer who acts". Ja skłaniam się ku tej drugiej alternatywie.
Jeśli ktoś zna jego zegarki z filmowych kadrów, kojarzy przede wszystkim Heuera Monaco z „Le Mans". Hanhart 417 ES był dla niego czymś innym, to zegarek, który nosił poza planem, na zawodach, na pustyni, na kanapie. To, że Motor Sport Magazine nazwał go w styczniu 2025 roku jego „drugim ulubionym zegarkiem", ma w sobie coś kuriozalnego. W świecie, w którym wszyscy chcą być pierwsi, drugie miejsce w rankingu McQueena brzmi jak niesamowity komplement.
Zegarek z kokpitu na pustynię
Zanim McQueen go założył, Hanhart 417 ES miał własne życie, i to nie w kinie.

W latach 1938–1939 firma Hanhart wprowadziła jednoprzyciskowy mechanizm kaliber 40, a potem dwuprzyciskowy mechanizm kaliber 41. Ten drugi dostał funkcję, którą wtedy nazywano „Temposchaltung", czyli dziś flyback. Po wojnie, w latach 1955–1962, Hanhart zbudował swój pierwszy chronograf dla pilotów Luftwaffe. Powstały dwa modele: referencja 417 w niklowanej mosiężnej kopercie oraz rzadziej spotykana wersja stalowa 417 ES, z lekko zmodyfikowanym mechanizmem kaliber 41. „ES" to skrót od Edelstahl, czyli po prostu stal nierdzewna, choć po niemiecku brzmi to bardziej szlachetnie, bo dosłownie znaczy… „stal szlachetna". Ile sztuk powstało, trudno powiedzieć, bo źródła podają rozbieżne szacunki, ale mówi się o około pięciuset sztukach wyprodukowanych w latach 1956–1958.
Zegarek miał jedno zadanie – spełniać swoją rolę na nadgarstku pilota w kokpicie samolotu. Marka Hanhart podkreślała jego trzy cechy: solidność, niezawodność i czytelność. Czarna matowa tarcza, jasne cyfry arabskie, dwa małe liczniki ułożone obok siebie, obrotowy rowkowany pierścień z czerwoną kreską. I czerwony przycisk, z którym związane są dwie historie, z których jedna to romantyczna legenda, zaś druga ma praktyczny rodowód. Legenda głosi, że żona pewnego pilota pomalowała mu przycisk czerwonym lakierem do paznokci, żeby myślał o niej za każdym razem, gdy spojrzy na zegarek, i bezpiecznie wracał do domu.


Praktyka jest mniej romantyczna. Sygnałowy kolor miał chronić pilota przed przypadkowym wciśnięciem przycisku i skasowaniem mierzonego czasu. Przez lata uchodziło to za zwykłą ciekawostkę, ale ja widzę w tym coś więcej. Dobry detal zazwyczaj ma uzasadnienie funkcjonalne albo ciekawą opowieść w tle. Czerwony przycisk Hanharta ma obie te cechy.
Skąd w takim razie McQueen? Tego nie wie dokładnie nikt, ale wiemy tyle, że nosił go „raz po raz", co potwierdzają zdjęcia - na Baja 1000 w meksykańskim kurzu, na kanapie z rewolwerem, na zdjęciach z żoną, na strzelnicy na pustyni. To była zawodowa kolekcja pamiątek z życia człowieka, który nie lubił pozować i właśnie na nich ten zegarek jest najbardziej widoczny.

Stalowy 417 ES miał jeszcze jedną cechę, która dziś wydaje się wadą, a wtedy była zaletą: pracował w świecie, w którym wszystko zużywało się razem z właścicielem. Jego ograniczona wodoszczelność sprawiała, że poza kokpitem czasem trzeba było go oszczędzać. McQueen tego nie robił, w każdym razie nie na tyle, by było to rozsądne w dzisiejszym rozumieniu.
RESET. Skąd się wziął „numer jeden"
Hanhart wznowił 417 ES w 2020 roku i to w wersji z większą kopertą niż w archiwalnym zegarku. Pierwsze nowe edycje miały 42 milimetrów średnicy, w kolejnych latach firma wróciła do pierwotnych 39 milimetrów, i ten zegarek zyskał zdecydowanie większe uznanie fanów marki.
Wszystko to była jednak tylko rozgrzewka przed modelem, który właśnie wszedł na rynek. Wersja, o której piszemy, to pierwszy w historii oficjalny zegarek Hanharta poświęcony McQueenowi. Słowo „oficjalny" jest tu kluczowe, bowiem znaczy, że za edycją stoją ludzie, którzy mają prawo mówić w imieniu rodziny. Chase i Madison McQueen, wnukowie aktora, prowadzą dziś „McQueen Racing”, firmę założoną w 2010 roku przez ich ojca Chada, syna Steve'a. Chad zmarł w 2024 roku, a dzieci przejęły firmę i opiekę nad dziedzictwem dziadka.
Zobaczmy zatem zegarek na krótkim wideo:
Wnuki nie ograniczyły się do podpisania zgody, to właśnie one zaproponowały umieszczenie podpisu dziadka na tarczy, a potem ten projekt zatwierdziły.
Brały też udział w projektowaniu karty limitowanej edycji, którą podpisały własnoręcznie. Uważam, że to istotny aspekt całego projektu, bo o wartości tej sygnatury decyduje to, kto ją wybrał, czyli ludzie, którzy znają bohatera z domu, a nie z archiwum.
Drugim źródłem inspiracji były zdjęcia. Marka Hanhart przejrzała historyczne fotografie McQueena z jego 417 ES i zauważył, że nosił go na ciemnobrązowym pasku typu „cuff", i to również przesądza o wiarygodności całego projektu, ponieważ nawiązuje on dokładnie do zegarka noszonego przez legendarnego rajdowca i aktora.


Nazwa „No. 1" sugeruje początek serii, ale tę interpretację zostawiam jako własne domniemanie. Hanhart nie napisał, że przygotowuje kolejne wersje. Wiadomo tylko tyle, że powstanie 300 sztuk a cena egzemplarza w 2026 roku wynosi 2 890 euro, czyli około 12 500 złotych.
Hanhart McQueen
Koperta Hanhart 417 ES Steve McQueen Limited Edition No. 1 ma 39 milimetrów średnicy i 46 milimetrów między końcówkami uch. Grubość to 13,3 milimetra w całości, ale tylko 11,55 milimetrów nie licząc szkła, wystającego ponad lunetę jak szklana kropla. Dla porządku przypomnę, że to z grubsza proporcje pierwowzoru.
Boki koperty są szczotkowane, a fazowane przejścia na uchach polerowane. Ucha schodzą w dół ostrym, wyraźnym skosem i obejmują pasek o szerokości mocowania 20 mm.



Na szczycie koperty osadzono radełkowany pierścień lunety. To tu zaczyna się prawdziwy i unikalny charakter całego zegarka. Rowki są głębokie, jak zęby zębatki albo krawędź starej monety, a wszystko to ma znaczenie praktycznie, bowiem pierścień jest obrotowy, dwukierunkowy, obracany bezstopniowo, bez kliknięć. Na godzinie dwunastej umieszczono na nim szeroki, czerwony znacznik, który na stalowym tle wygląda jak kropla lakieru.
Dekiel jest wkręcany, z szafirowym szkłem, od wewnątrz pokrytym powłoką antyrefleksyjną.

Wodoszczelność wynosi 100 metrów, potwierdzona normą DIN 8310, co czyni ten zegarek mechaniczny lepiej przystosowanym do codziennego noszenia, niż jego historyczny pierwowzór, którego zastosowania ograniczała niska klasa wodoszczelności.
Sygnowany cyferblat
Szkło to mocno wypukły „szafir”, z nałożonymi obustronnie powłokami minimalizującymi powstawanie refleksów światła, zaś sama wypukłość nie jest tu jedynie ozdobą. Jeśli ktoś miał kiedykolwiek w ręku zegarek z lat pięćdziesiątych z szkłem hesalitowym pamięta, jak światło rozlewa się po jego krawędzi. Szafirowe szkło jest oczywiście twardsze i trudne do uszkodzenia, ale jego kształt zachowuje charakter, również optyczny - czarna tarcza pod nim wydaje się leżeć głębiej niż jest naprawdę, a na obrzeżach cyfry wydają się lekko zakrzywione.
Tarcza modelu 417 ES Steve McQueen Limited Edition No. 1 jest matowa, w kolorze czarny,, ale nie jest to głęboka barwa, jak czerń lakieru fortepianowego, tylko łagodna, bez odbić, jakby ktoś otulił metal aksamitem.


Subtarcze ozdobione są szlifem ślimakowym, po lewej widzimy mały sekundnik czasu głównego, po prawej zaś licznik 30-minutowy stopera ze skalą co pięć jednostek. Pośrodku jest historyczne logo marki Hanhart w charakterystycznym, pisanym kroju, z dopiskiem „23 JEWELS". Poniżej osi wskazówek napis „Shockproof" drukowanymi literami, a pod nim podpis McQueena. To nie jest wielki, efektowny autograf zajmujący pół tarczy. To drobny, zwarty ślad pióra, jak sygnatura pod obrazem. Przy dolnej krawędzi, na godzinie szóstej, widać jeszcze mikroskopijny napis „Made in Germany".
Cyfry arabskie są duże i szerokie, o miękkim kroju retro, a na tarczy wszystko jest czytelne na pierwszy rzut oka. Szóstka ma charakterystyczny ogonek zakręcony jak ślimak, cyfry i wskazówki pokrywa substancja luminescencyjna Super-LumiNova® w odcieniu Light Old Radium. To kolor, który ma udawać wyblakłe radowe farby sprzed dziesięcioleci: kremowy, ciepły, z lekkim odcieniem piasku. Efekt wizualny to tarcza, która wygląda bardzo vintage.


Wskazówki godzinowa i minutowa to szerokie płaszczyzny wypełnione kremową „lumą” w stalowej oprawie i kształcie strzykawek, z kolei wskazówka centralnego sekundnika stopera jest wąska, w kształcie wydłużonego liścia i również wypełniona substancją luminescencyjną. Końcówki dwóch najdłuższych wskazówek są zagięte w dół i to nie tylko stylizacja, ale przede wszystkim inżynieria. Zagięcie zmniejsza błąd paralaksy, czyli pozorne przesunięcie wskazania, gdy patrzy się na tarczę pod kątem. Przy wypukłym szkle i podziałce umieszczonej na skraju cyferblatu, ma to realne znaczenie. W kokpicie pilot rzadko patrzy na zegarek prosto z góry.
Podziałka minutowo-sekundowa biegnie przy samej krawędzi tarczy, z numerami co pięć działek, od 5 do 60. Dwunastka jest oznaczona „60", co zdradza pomiarowe zastosowanie podziałki.
Sterowanie
Koronka znajduje się klasycznie, na godzinie trzeciej, pośrodku, między dwoma przyciskami. Jest oczywiście ząbkowana, a na jej czole widać historyczne logo marki. Dla mnie to ten rodzaj detalu, który z daleka jest niewidoczny, a z bliska robi świetne wrażenie, podkreślając spójność projektu.


Dwa przyciski rozmieszczone są symetrycznie. Górny, na godzinie drugiej, jest stalowy i służy do startu i zatrzymania odmierzania odcinków czasu. Dolny, na czwartej, wykonany jest z HyCeram®, ma czerwony kolor i kształt walca na stalowej szyjce. W tym zegarku to najważniejszy przycisk mechaniki, bo to on uruchamia funkcję flyback. Jedno wciśnięcie zeruje bieg stopera i natychmiast uruchamia go od nowa. Zwykły chronograf wymaga trzech ruchów: stop, zerowanie, start. Flyback realizuje to jednym, szybkim „strzałem”. Dla pilota liczącego odcinki lotu albo kierowcy mierzącego kolejne okrążenia to różnica między „złapałem" a „przegapiłem".
Na nadgarstku
Zegarek jest oferowany na pasku typu „cuff”, w którym skórzana podkładka umieszczona jest pod kopertą. Marka Hanhart wykonała go ze skóry Shell Cordovan, we włoskiej garbarni Comipel.

To materiał, który pochodzi z gęstej, włóknistej warstwy w końskim zadzie i jest garbowany tradycyjnie, roślinnie. W efekcie otrzymuje się skórę jednocześnie miękką i bardzo wytrzymałą, o gładkiej powierzchni i naturalnym połysku.
Mechanika - Sellita AMT5100 M
Przez szafirowe okno dekla widać mechanizm Sellita AMT5100 M, ręcznie nakręcany kaliber z funkcją flyback, który pracuje z częstotliwością 28 800 wahnięć balansu na godzinę (4 Hz), ma 23 kamienie łożyskujące, a rezerwa chodu to około 58 godzin, czyli prawie dwie i pół doby. Mechanizm pozwala mierzyć odcinki czasu do 30 minut i jest wyposażony we wspomnianą już funkcję natychmiastowego restartu stopera.
Konstrukcyjnie to zaawansowany chronograf ze sterowaniem zrealizowanym za pomocą koła kolumnowego. Niemiecka marka Hanhart stosuje własny standard dokładności.

Każdy mechanizm jest testowany i regulowany w manufakturze w Gütenbach. Średnia dobowa odchyłka, mierzona w sześciu pozycjach, musi mieścić się w przedziale od 0 do +8 sekund. Producent zwraca uwagę, że okno tolerancji jest tak samo szerokie jak −4 do +4 sekund, ale w głównych pozycjach użytkowych Hanhart nie dopuszcza spóźniania się. Maksymalna różnica między poszczególnymi pozycjami to dziesięć sekund.
Mechanizm dekorowany jest pasami genewskimi, a śruby i koło kolumnowe barwione są termicznie na niebiesko, urody dodają mu też widoczne rubinowe kamienie łożyskujące.
Zestaw z... lakierem do paznokci
Zawartość pudełka robi wrażenie, bo to rzadki przypadek, w którym dodatki dodają wartości nie tylko liczonej w złotówkach. Wewnątrz znajdziemy broszurę, plakietkę z indywidualnym numerem edycji, lakier do paznokci w kolorze czerwonym - jako ukłon w stronę legendy o czerwonym przycisku, oraz kartę limitowanej edycji.



Ta ostatnia jest wzorowana na międzynarodowej licencji FIM McQueena z 1964 roku, tej samej, którą Bonhams sprzedał na aukcji w 2009 roku za 42 700 dolarów. Karta nosi podpisy wnuków, Chase'a i Madison, a na rewersie podpis zegarmistrza, który składa chronograf w Gütenbach. Wiesz, kto zrobił zegarek, który masz na ręku. Super!
Nasza opinia o zegarku Hanhart 417 ES Steve McQueen Limited Edition No. 1
Uważam, że model 417 ES Steve McQueen Limited Edition No. 1 to jedna z lepiej przemyślanych edycji dedykowanych osobie, jakie ostatnio widziałem. Niemal idealne odwzorowanie zegarka, do którego się odwołuje, manualnie nakręcany mechanizm, zaskakujące dodatki oraz spójny i przemyślany projekt od początku do końca.


Do tego oczywiście autoryzacja rodziny Steve’a McQueena. Limitacja nie jest w tym przypadku bardzo kosztowna – zaledwie 250 euro powyżej ceny standardowego modelu 417 ES.
Sprawdź też nasze pozostałe publikacje o nowościach tej marki tu: zegarki Hanhart.









greenlogic.eu