Weźmy do ręki starą monetę. Nie z portfela, tylko jedną z tych, które numizmatycy trzymają w rękawiczkach z bawełny – ciężką, zimną, o brzegu pokrytym drobnym, regularnym karbowaniem. To karbowanie, zwane też recą, nie jest tylko ozdobą, wymyślono je w czasach, gdy monety wciąż jeszcze bito ze srebra i złota, żeby nikt nie mógł niepostrzeżenie odciąć z krawędzi cienkiego paska cennego metalu. Rowek przy rowku, licząc dziesiątki, czasem setki nacięć na obwodzie – drobiazg, który przez stulecia był gwarancją, że to, co trzymamy w dłoni, jest tym, za co się podaje.
Taka moneta ma swój własny, rozpoznawalny ciężar – chłodny metal, który po chwili nagrzewa się w palcach, i krawędź, która pod opuszkiem kciuka daje wyraźne, rytmiczne „ziarno”, jakby dotykało się miniaturowej piły tarczowej zastygłej w bezruchu.

To wrażenie, choć z pozoru drobne, jest tym, co odróżnia przedmiot masowy od przedmiotu, który ktoś świadomie zaprojektował z myślą o dotyku, a nie tylko o wyglądzie.
Marka, która postanowiła nie czekać na pozwolenie
Frederique Constant to firma, która nigdy nie miała stulecia historii do opowiadania – i paradoksalnie właśnie to uczyniło ją interesującą. Założyli ją w 1988 roku w Genewie holenderscy małżonkowie Peter Stas i Aletta Stas-Bax, w czasach, gdy szwajcarski przemysł zegarkowy wciąż otrząsał się po tak zwanej rewolucji kwarcowej, a zegarek mechaniczny uchodził bardziej za relikt, niż przedmiot pożądania. Stasowie przez cztery lata, pracując jeszcze zawodowo w Hongkongu, wieczorami montowali ręcznie sześć modeli swojej pierwszej kolekcji – tak zwanej 18th Century Collection. Pierwsze zamówienie, złożone przez japońskiego dystrybutora na 350 sztuk, przyszło w 1992 roku i było momentem, w którym projekt zamienił się w markę.
Od tego czasu Frederique Constant konsekwentnie trzyma się idei, którą sami nazywają „dostępnym luksusem” – szwajcarska produkcja, wykończenia rodem z wyższej półki, ale bez cen zarezerwowanych dla kolekcjonerów o nieograniczonym budżecie.

Manufaktura w Plan-les-Ouates pod Genewą wypuściła w swojej trzydziestoparoletniej historii już 35 mechanizmów „in-house” – to znaczy niemal jeden nowy kaliber rocznie – w tym konstrukcje z tak wymagającymi komplikacjami jak turbillon, wieczny kalendarz czy stoper z funkcją flyback.
Charakterystyczny herb rodziny Stas, widoczny dziś na tarczach i mostkach mechanizmów, marka nosi od samego początku istnienia, od 1988 roku. To właśnie ten herb, w 1994 roku, po raz pierwszy „wyszedł” zza tarczy na widok publiczny – w modelu Heart Beat, którego okienko na godzinie 12. odsłaniało bijące serce mechanizmu i na lata stało się wizytówką marki. Odtąd pokazywanie mechanizmu – czy to przez okienko w tarczy, czy przez częściowo transparentną kopertę – stało się dla marki Frederique Constant nie dodatkiem, lecz sposobem myślenia o zegarku w ogóle. Od 2016 roku Frederique Constant należy do japońskiej Grupy Citizen, co ma bezpośrednie znaczenie dla historii opisywanego tu zegarka.
Geometria, która skrywa sekret
Kolekcja Moneta zadebiutowała w 2024 roku jako smukły zegarek kwarcowy z funkcją wskazania fazy księżyca – 37 milimetrów średnicy, zaledwie 7,65 milimetrów wysokości, silnie osadzony w estetyce lat 50. Zyskał sympatię klientów szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał, a jego siłą było właśnie to jedno rozwiązanie: karbowana, monetopodobna wewnętrzna flansza, umieszczona nie na zewnętrznej, widocznej z daleka lunecie, ale schowana tuż pod wypukłym szkłem szafirowym, w miejscu, które trzeba dosłownie nachylić do światła, żeby w pełni docenić.
Nowy model Moneta Handwinding to pierwsza mechaniczna odsłona tej filozofii.


Koperta zegarka urosła do 38,50 milimetrów średnicy i 10,13 milimetrów wysokości, ale jest wciąż smukła, jak na zegarek z ręcznie nakręcanym mechanizmem. Wypukłe szkło szafirowe z nałożoną powłoką antyrefleksyjną sprawia wrażenie jakby unosiło się nad tarczą jak soczewka, lekko zniekształcając widziane przez nie detale przy patrzeniu pod kątem – efekt, który starym zegarkom z kopertami tego typu nadawał ich charakterystyczną, „pękatą” sylwetkę. Wodoszczelność została utrzymana na poziomie 5 ATM (50 metrów) – wystarczająco, by nie martwić się o zegarek przy codziennym używaniu, ale to wciąż model pasujący do koszuli, a nie do pływania.
Tarcza barwiona jak wygasające ognisko
O ile koperta urzeka geometrią, to tarcza gra kolorem i fakturą. Manufaktura Frederique Constant określa kolor tarczy mianem przydymionego łososiowego, i to określenie, mimo że brzmi jak z karty dań, jest zaskakująco trafne. Centrum tarczy ma ciepły, miedziano-łososiowy odcień, jakby ktoś zamroził w metalu blask żarzącego się węgla drzewnego. Im bliżej krawędzi, tym barwa gęstnieje i ciemnieje, przechodząc przez odcienie brązu aż do niemal czarnej obwódki tuż przy wewnętrznym, karbowanym pierścieniu.
Dobrze widać to na krótkim wideo, warto zerknąć:
Ten gradient tworzy efekt głębi, który sprawia, że tarcza wygląda inaczej rano przy zimnym świetle i inaczej wieczorem, przy świetle lamp, kiedy środek zaczyna niemal świecić własnym ciepłem.
Na to wszystko nałożono ziarniste wykończenie, delikatnie chropowate, jakby powierzchnię przesypano cukrem pudrem i utrwalono w metalu. Taka faktura rozprasza światło, dzięki czemu tarcza „oddycha” z każdym ruchem nadgarstka, zamiast błyskać raz i gasnąć. Na tym tle osadzono aplikowane indeksy godzinowe o kształcie wydłużonych diamentów i polerowane na lustro – małe, sztyletowate klingi, które w zależności od kąta padania światła bądź płoną srebrnym blaskiem, bądź nikną w cieniu, kontrastując z ciemniejszym, niemal czarnym pierścieniem przy obwodzie.
To właśnie ten ciemniejszy rąbek, świadomie pozostawiony bez ozdobników, sprawia, że indeksy wyglądają jak zawieszone nad cyferblatem i zegarek „czyta się” błyskawicznie, mimo braku cyfr.


Dwie centralne wskazówki w stylu dauphine – szerokie u nasady, zbiegające się w ostre, trójkątne ostrze – powtarzają geometrię indeksów i, tak jak one, zostały wypolerowane. Na godzinie szóstej znajdziemy mały sekundnik, lekko wgłębiony, utrzymany w tej samej gamie barw, co reszta tarczy, z cienką, precyzyjnie wydrukowaną podziałką. W górnej części tarczy umieszczono duży, ale dyskretny kolorystycznie napis „FREDERIQUE CONSTANT GENÈVE” – bez zbędnej ornamentyki, tak, jakby marka wiedziała, że tarcza sama w sobie mówi wystarczająco dużo.
Ten układ – dwie centralne wskazówki i pojedynczy totalizator małego sekundnika, bez wskazania daty, bez dodatkowych okienek – to według mnie niemal cytat z zegarmistrzostwa lat 50. XX wieku, kiedy tarcza miała odpowiadać na jedno pytanie: która jest godzina?

Marka Frederique Constant nie próbowała tego unowocześniać ani dopisywać do niego niczego na siłę – uznała, słusznie, że prostota tego układu jest już sama w sobie formą luksusu.
Serce, które wreszcie zaczęło bić
Właśnie dotarliśmy do kluczowej dla tego zegarka kwestii, bo o ile kwarcowa Moneta z 2024 roku była zegarkiem eleganckim, o tyle dopiero teraz, wraz z mechanizmem kaliber FC-435, kolekcja zyskała to, co w zegarmistrzostwie liczy się najbardziej - bijące serce i mechaniczną duszę.
Mechanizm skonstruowała i wyprodukowała manufaktura La Joux-Perret, firma która ma za sobą burzliwą historię (powstała jeszcze w latach 90. jako Jaquet SA, przeszła reorganizację i w połowie lat 2000 przyjęła obecną nazwę), ale od 2012 roku funkcjonuje jako część japońskiej Grupy Citizen – tej samej grupy, do której od 2016 roku należy również Frederique Constant. To sprawia, że mechanizm o oznaczeniu FC-435 nie jest zwykłym mechanizmem kupionym u zewnętrznego dostawcy, tylko produktem współpracy między dwiema siostrzanymi firmami z jednej grupy kapitałowej – co w branży zegarmistrzowskiej wciąż jest rzadkością wartą podkreślenia.

Bazą dla mechanizmu FC-435 jest architektura znanego mechanizmu G100 od La Joux-Perret, tyle że pozbawiona automatycznego naciągu. La Joux-Perret to zresztą nazwa, którą koneserzy zegarków znają niezależnie od Frederique Constant – jej mechanizmy i moduły trafiały do zegarków tak różnych marek jak Hublot, Sinn, Oris, Girard-Perregaux czy Maurice Lacroix, a manufaktura od lat rozwija też własną, wskrzeszoną markę Angelus.
Rezygnacja z automatycznego naciągu ma dwa konkretne skutki: po pierwsze, pozwala zachować smukłą sylwetkę koperty, spójną z duchem lat 50. minionego wieku, a po drugie – i to jest argument dla każdego, kto lubi patrzeć przez przeszklony dekiel – usuwa z pola widzenia wahnik, który zwykle zasłania znaczną część mechanizmu. Tworzy też klimat klasycznych zegarków i buduje więź człowieka z przedmiotem poprzez rytuał nakręcania.
Przez mocowany czterema śrubami dekiel z szafirowym szkłem widać mechanizm, w centrum którego widoczny jest herb rodziny Stas, ten sam, który towarzyszy marce od 1988 roku – tu wygrawerowany na mostku, niczym pieczęć potwierdzająca pochodzenie.

U dołu widzimy koło balansowe wraz z wychwytem, pracujące w rytmie 28 800 wahnięć na godzinę, dające zegarkowi płynny, niemal ciągły ruch sekundnika. W górnej części odsłania się część potężnego bębna sprężynowego – to właśnie jego pojemność odpowiada za sporą, 63-godzinną rezerwę chodu. Dzięki 29 kamieniom minimalizowane jest tarcie w newralgicznych punktach mechanizmu.
Na obwodzie dekla wygrawerowano komplet informacji: „STAINLESS STEEL”, „SAPPHIRE”, „SWISS MADE”, „5ATM”, „TWENTY-NINE JEWELS” oraz informację o limitacji „ONE OF 999” – bo Classics Moneta Handwinding to edycja limitowana, licząca dokładnie 999 egzemplarzy.

Co ciekawe, Frederique Constant Moneta Handwinding trafił na listę 84 finalistów prestiżowego Grand Prix d'Horlogerie de Genève – nagrody przyznawanej przez blisko tysiącosobową akademię ekspertów i uważanej za jedno z najważniejszych wyróżnień w świecie zegarmistrzostwa.
Pasek, który dopowiada resztę historii
Do tak zaprojektowanej koperty i tarczy dobrano pasek wykonany ze skóry aligatora w kolorze czarnym, z przeszyciami w tym samym odcieniu co skóra, tak, by nic nie odciągało uwagi od geometrii koperty. Pasek zapina się na klasyczną, jednoczęściową sprzączkę o szerokości, a jego szerokość przy uchach wynosi 19 milimetrów.


Pasek szeptem dopowiada resztę historii, dyskretnie kierując uwagę na to, co najważniejsze.
Moneta o dwóch obliczach
Pierwszy zegarek z kolekcji Moneta z kwarcowym mechanizmem, który miał premierę w 2024 roku, był elegancką obietnicą – dowodem na to, że karbowana krawędź i gradientowa tarcza mogą stworzyć rozpoznawalny język formy.

Tegoroczna nowość - Classics Moneta Handwinding o nr ref. FC-435BBL3S6, jest spełnieniem tej obietnicy: tej samej stylistyce dano wreszcie mechaniczne serce, a wszystko to za cenę, która – patrząc na to, co dzieje się pod szafirową kopertą – wciąż mieści się w granicach rozsądku, zgodnie z ideą „dostępnego luksusu”, która przyświeca Frederique Constant od 1988 roku.
Cena zegarka Frederique Constant Classics Moneta Handwinding to 9590 złotych , a model ten jest limitowany do 999 sztuk, co poświadcza grawer „ONE OF 999” na kopercie.
Sprawdź też nasze pozostałe publikacje o nowościach tej marki: zegarki Frederique Constant.









greenlogic.eu