„Jeszcze jako nastolatek, uczący się w szkole podstawowej na początku lat 90. ubiegłego wieku, marzyłem o posiadaniu zegarka G-SHOCK, który był wówczas obiektem westchnień nie tylko moim, ale także wielu moich kolegów. Posiadanie czarnego „G” na ręce to było coś! Niestety, niewielu z nas mogło sobie pozwolić na taki luksus, bo trzeba pamiętać, że wówczas tego typu produkty były w Polsce nowością, a ich ceny były relatywnie wysokie. Na mój nadgarstek trafił wtedy zegarek innej marki, której już nawet nie pamiętam, a moje marzenie niestety nie spełniło się.” – tak napisałem w 2017 roku, we wstępie do relacji z wizyty w fabryce G-SHOCK w Japonii.
Jako nastolatek, nigdy nie przypuszczałbym, że kiedykolwiek odwiedzę siedzibę japońskiej marki Casio, a tym bardziej, że będę miał przyjemność spotkać osobiście Pana Kikuo Ibe, twórcę pierwszego G-SHOCKA. Wówczas nie rozmawialiśmy, a i tak było to dla mnie ogromne przeżycie.
Teraz mamy 2026 rok. Pan Ibe odwiedził Polskę w ramach „Kikuo Ibe Legacy Tour 2026”. To duże wydarzenie, tym bardziej, że ostatni raz był w naszym kraju… szesnaście lat temu! Jego przyjazd i pobyt koordynowany był przez polskiego dystrybutora zegarków marki G-SHOCK, firmę Zibi.
Otrzymaliśmy jako jedno z niewielu mediów w Polsce zaproszenie do przeprowadzenia rozmowy z Panem Kikuo, co jest samo w sobie dużym wyróżnieniem. I tak oto, po ponad trzydziestu latach od momentu, kiedy jako nastolatek marzyłem o G-SHOCKU, otrzymałem zaszczyt przeprowadzenia rozmowy twórcą zegarków, które zna obecnie w zasadzie cały świat.


Poprzez ten wstęp chcę przekazać Wam, że nawet jeśli czasem nie udaje nam się spełnić jakiegoś marzenia w danym momencie, to - jak widać na moim przykładzie - życie potrafi zaskoczyć, i zaoferować niekiedy nawet więcej, niż moglibyśmy sobie… wymarzyć.
Zapraszam Was do spotkania z Legendą!
…
Maciej Kopyto, Zegarki i Pasja: Panie Ibe, bardzo dziękuję za możliwość dzisiejszego spotkania. To dla mnie duży zaszczyt.
Kikuo Ibe: Ja też dziękuję za tę możliwość i mam nadzieję, że będzie to… wesoły wywiad (śmiech).
Postaram się, aby tak było (śmiech). Miałem przyjemność spotkać się z Panem po raz pierwszy w 2017 roku w Japonii, przy okazji mojej wizyty w fabryce G-SHOCK w Jamagacie. Od tego czasu minęło wiele lat i miało miejsce wiele ważnych globalnie wydarzeń, jak chociażby pandemia.
Chciałem spytać, co się zmieniło z Pana perspektywy w marce G-SHOCK przez ten czas?
Przede wszystkim bardzo dziękuję, że odwiedził Pan wtedy Yamagata Casio. To miejsce położone dość daleko od Tokio, dlatego naprawdę doceniam tamtą wizytę i dobrze ją pamiętam.
Od 2017 roku G-SHOCK naturalnie ewoluował pod względem rozmiaru, funkcji i parametrów technicznych. To kierunek, który zawsze będzie dla nas ważny.
Największą zmianą jest jednak pojawienie się produktów z wyższej półki cenowej, zwłaszcza modeli wykonanych z metalu. To linia, którą chcemy w przyszłości rozwijać coraz mocniej, aby był to filar naszej marki – również na takich rynkach jak Polska. Dla mnie właśnie wejście G-SHOCKA do segmentu premium jest największą zmianą ostatnich lat.
To ważna informacja, dziękuję. Zatem teraz pytanie nieco weselsze (śmiech).
Gdyby ktoś powiedział Panu w 1983 roku: „Za czterdzieści lat ludzie będą kolekcjonować te zegarki, sprzedawać je za ogromne pieniądze i nosić je nie dlatego, że potrzebują niezniszczalnego narzędzia do odmierzania czasu, ale dlatego, że G-SHOCK będzie symbolem ich stylu” – uwierzyłby Pan?
Myślę, że odpowiedziałbym wtedy: „niemożliwe” albo „to absurd” (śmiech).
W Japonii używa się wyrażenia „sonna baka na”, co oznacza właśnie coś w rodzaju: „nie do wiary, to jakiś żart”. Powód jest prosty: w 1983 roku dominowała moda na zegarki cienkie i małe. Wszystko zmierzało w stronę miniaturyzacji. G-SHOCK był dokładnym przeciwieństwem tego trendu – był duży, gruby, masywny i bardzo wytrzymały. Trudno było wtedy sobie wyobrazić, że taki produkt zostanie powszechnie zaakceptowany, a tym bardziej że stanie się ikoną stylu.
No właśnie, mówimy o urządzeniach, które nosimy na ręce, a czy obecnie – w czasach smartfonów i smartwatchy – ludzie potrzebują jeszcze w ogóle zegarków naręcznych?
Oczywiście widzimy, że po pojawieniu się smartfonów i smartwatchy liczba osób noszących tradycyjne zegarki się zmniejszyła. To jest fakt. Ale są też tacy, którzy noszą zegarek jako formę autoekspresji – jako element własnego stylu życia, osobowości i mody. Dopóki są ludzie, którzy chcą poprzez zegarek wyrażać siebie, dopóty zegarek naręczny ma swoją wartość i swoje miejsce.
Na przykład Pan ma dziś na ręku zegarek bardzo pasujący do Pana ubioru.
To, że mam go dziś na ręku, to akurat nie przypadek (śmiech).
Tak się domyślam (śmiech). Niemniej odnoszę wrażenie, że jest Pan osobą aktywną, od razu nasuwa się skojarzenie z aktywnym stylem życia (Maciek podczas rozmowy miał na ręku G-SHOCK GBD-H1000 G-SQUAD – przyp. red.).
Tak, to prawda. Noszę G-SHOCKA podczas różnych aktywności – biegam z nim, chodzę po górach.
I właśnie takie osoby jak Pan pokazują nam, że musimy dalej podejmować wyzwania i rozwijać produkty, które naprawdę odpowiadają na aktywny styl życia użytkowników.


Super! „Keep going” (śmiech). Nasunęło mi się jeszcze pytanie à propos smartfonów – gdyby dzisiaj miał Pan zaprojektować smartfon w duchu G-SHOCKA, bo w 1983 roku nie było przecież tego typu telefonów, to czy podjąłby Pan takie wyzwanie?
Jeśli chodzi o firmę Casio, to obecnie nie produkujemy smartfonów i nie mamy planów, aby wytwarzać je w przyszłości. Gdybym jednak miał coś takiego zaprojektować, myślałbym przede wszystkim o rozmiarze.
Smartfon przeszkadza, jeśli jest zbyt duży, dlatego chciałbym stworzyć coś, co można… złożyć! Na przykład na pół albo nawet na cztery części – tak aby mieściło się wygodnie w kieszeni lub w małej przestrzeni. Gdyby dało się złożyć go na cztery i wsunąć w niewielki schowek, byłoby to dla mnie idealne rozwiązanie (śmiech). Co Pan sądzi o takim pomyśle?
Podoba mi się! Można by go złożyć na cztery i… włożyć w kopertę (śmiech). Od razu zastrzegam w tym miejscu znak towarowy na taki produkt. OK. Wróćmy zatem do zegarków.
Jestem ciekaw, czy tworząc pierwszego G-SHOCKA, miał Pan już wizję kolejnych modeli, czy zależało Panu pierwotnie na jednym wytrzymałym zegarku z podstawowymi funkcjami sportowymi?
Miałem pewną koncepcję i pomysł na następne modele.
Moim punktem wyjścia był człowiek pracy, osoby pracujące głównie fizycznie – ktoś, kto potrzebuje zegarka naprawdę odpornego i wytrzymałego. Myślałem nawet o modelu G-SHOCKA dla strażaków. Jednak w tamtym czasie, gdy dominowały zegarki cienkie i małe, pierwszy G-SHOCK i tak był już postrzegany jako duży. Model dla strażaków musiałby być jeszcze większy, więc odłożyłem ten pomysł do szuflady. Pozostał jako idea, której wtedy nie rozwijałem.
Rozumiem. A więc skoro pierwotną ideą było stworzenie zegarka wytrzymałego, a zarazem przystępnego cenowo, bo miał być osiągalny chociażby dla służb mundurowych i osób pracujących fizycznie, to ciekaw jestem, jak ocenia Pan obecnie niesamowite, ale zarazem dużo droższe modele z serii MR-G?
Uważam, że MR-G to znakomity produkt. Chcemy mieć zarówno G-SHOCKI w bardziej przystępnej cenie, jak i serię, do której użytkownik może aspirować – coś, co budzi pragnienie posiadania i jest trochę „wyżej”. Jednocześnie musimy jeszcze lepiej komunikować wartość MR-G.
Trzeba jasno pokazywać, co stoi za ceną: funkcje, technologia, materiały, jakość wykonania i wyjątkowość produktu. Inaczej MR-G może być odbierany po prostu jako drogi zegarek, a nie jako produkt, którego cena ma konkretne uzasadnienie.
Zgadzam się, to ważne doprecyzowanie, bo rzeczywiście seria MR-G jest piękna i bardzo dopracowana, ale kluczowe wydaje się pokazanie odbiorcom, że za wysoką ceną stoi konkretna wartość, a nie wyłącznie sam fakt przynależności do wyższego segmentu.
Dokładnie tak. Dziękuję za to pytanie i bardzo dobrą poradę. Jest dokładnie tak, jak Pan mówi – dopóki użytkownicy nie zrozumieją, na czym polega ich „wspaniałość” oraz tego, co otrzymują za tę cenę, to ta seria zostanie kolekcją, która jest wyraźnie droższa, i na tym się skończy.
Oby tak nie było! Te zegarki są piękne.
Wróćmy zatem jeszcze do pierwszego G-SHOCKA, który bardzo się różni od wielu teraz dostępnych modeli. Gdyby oceniał Pan i porównywał dzisiejsz „G” z projektem pierwszego modelu – co w obecnych G-SHOCKACH uznałby Pan za spełnienie marzenia, a co za odejście od pierwotnej idei?
Szczerze mówiąc, nie mam jeszcze w pełni narysowanej ostatecznej formy G-SHOCKA. Dla mnie jednym z symbolicznych celów byłby G-SHOCK, którego można używać w kosmosie – nazywam go sobie roboczo „Space G”. Wyobrażam sobie zegarek, który działa w warunkach kosmicznych i który mógłby założyć nawet mój wyimaginowany przyjaciel z kosmosu, Taro (śmiech). To trochę żartobliwe, ale pokazuje kierunek: G-SHOCK powinien przekraczać granice wytrzymałości.
Odpowiadając na drugą część pytania – uważam, że to, co jest najwspanialsze w G-SHOCKACH, to fakt, iż powstały już tysiące różnych modeli, ale wszystkie mają te same cechy – wygląd i wytrzymałość – to, że „toughness” pozostaje punktem odniesienia.
Pierwszy G-SHOCK był duży, „blokowaty” i masywny, ale przez lata powstało wiele modeli smuklejszych, elegantszych czy bardziej „smart”. Nie odbieram tego negatywnie, co chcę podkreślić. Wręcz przeciwnie – uważam, że wrażliwość i estetyka młodszych projektantów są czymś znakomitym. Nawet jeśli niektóre modele odchodzą od pierwotnej surowości pierwszego G-SHOCKA, to pokazują nowe możliwości marki.


A gdyby miał Pan dziś nieograniczone możliwości – zarówno technologiczne, jak i budżetowe – jakiego G-SHOCKA stworzyłby Pan z myślą o kolejnych pięćdziesięciu latach?
Chciałbym stworzyć dwa zegarki. Pierwszy to wspomniany już G-SHOCK do używania w kosmosie – odporny na ekstremalne temperatury i warunki, których nie ma na Ziemi. Drugi to G-SHOCK o niezwykle wysokiej wartości, na przykład za sto milionów jenów. Nie chodziłoby tylko o cenę samą w sobie, ale o zegarek, który ludzie oglądaliby z zachwytem, który budziłby westchnienie i dawał energię samym swoim widokiem. Taki absolutnie wyjątkowy, ultraluksusowy G-SHOCK.
O! To ciekawe. Choć myślę, że wiele modeli G-SHOCKA już teraz potrafi wywołać taki efekt – zachwyt, energię i radość z samego oglądania. To pokazuje, że ta emocjonalna wartość marki jest już obecna, nawet jeśli w przyszłości można ją jeszcze rozwinąć w zupełnie nowym kierunku.
Dużo mówimy dziś o sukcesach, ale czy była jakaś porażka, która szczególnie dużo Pana nauczyła?
Prawdę mówiąc, to była seria porażek. Największym błędem było to, że zaproponowałem stworzenie wytrzymałego zegarka, zanim przeprowadziłem podstawowe eksperymenty.
Zwykle najpierw się testuje, czy coś jest możliwe, a dopiero potem przedstawia propozycję. Ja zacząłem od marzenia: „Byłoby wspaniale, gdyby istniał naprawdę odporny zegarek”. To doprowadziło do wielu problemów i niepowodzeń, ale nauczyło mnie bardzo ważnej rzeczy – czasem warto iść za przekonaniem, nawet jeśli grozi to porażką. Każda porażka może stać się kolejnym krokiem. Najważniejsze to się nie poddawać.
Czyli można powiedzieć, że najważniejsza lekcja brzmi po prostu: „Never give up”!
Tak, dokładnie (śmiech).
A jak widzi Pan przyszłość G-SHOCKA w perspektywie kolejnych dekad? Co powinno pozostać nienaruszone jako dziedzictwo marki?
Fundamentem G-SHOCKA zawsze była i zawsze pozostanie wytrzymałość. To się nie zmieni – ani teraz, ani w przyszłości. Na bazie tej wytrzymałości powstają różne kierunki rozwoju: bardziej designerskie modele dla młodszych użytkowników, linie zegarków stalowych czy produkty z wyższej półki. Ale moim zdaniem jest jeszcze jedna przestrzeń, która nie została w pełni zagospodarowana: połączenie wytrzymałości i luksusu.
„Tough luxury” brzmi jak pewien paradoks, może nawet niedopasowanie, ale właśnie dlatego wydaje mi się tak interesujące. Nie wiem jeszcze dokładnie, jak taki produkt miałby wyglądać, ale czuję, że kryje się w tym ogromny potencjał.
Czyli byłoby to coś innego niż seria MR-G?
Tak. Chcę zaznaczyć, iż nie chodzi o to, aby kopiować szwajcarskie marki. One mają swoją tradycję i ogromny ciężar dziedzictwa, który bardzo szanuję. Ale gdyby do tej idei luksusu dodać element „tough”, mogłoby powstać coś zupełnie innego niż MR-G, zupełnie nowa kategoria. Być może byłby to zegarek w przedziale pięciu-dziesięciu milionów jenów. To jednak tylko moja osobista wizja, nie konkretny projekt produktowy, nad którym firma obecnie pracuje.
Jestem ciekaw zatem, jak Pan definiuje luksus w świecie zegarków? Czy chodzi głównie o cenę, o wyjątkowe materiały, specjalne stopy metali, czy może o coś jeszcze innego?
Nowe materiały z pewnością będą ważne, ale to nie wystarczy. Kluczowe jest znalezienie czegoś, co naprawdę docenią osoby wybierające produkty luksusowe – czegoś, czego ja sam być może jeszcze nie potrafię w pełni nazwać. Nie sądzę, aby chodziło tylko o proste dodanie diamentów czy złota.
Klasycznie luksus kojarzy się z ozdobnością, drogimi kamieniami i metalami szlachetnymi, ale ja chciałbym zmienić samą definicję luksusu. Nie wiem jeszcze dokładnie, jak, i zapewne wiele osób w firmie sprzeciwiłoby się takiemu myśleniu, ale właśnie w tym widzę szansę na coś nowego.
Bardzo dziękuję za tę wypowiedź, to ciekawe.
Zmierzamy ku końcowi naszej rozmowy, dlatego chciałbym zapytać o coś bardziej osobistego – powiedźmy, że to pytanie rozweselające (śmiech), bo mówił Pan na początku, aby było wesoło. Jakie są Pana zainteresowania poza zegarkami?
Przyznam, że od dość dawna zajmuję się uprawą warzyw. Warzywa dają mi energię. Kiedy jestem w podróży służbowej, najbardziej martwię się o to, czy te moje warzywka dobrze rosną i czy wszystko z nimi w porządku (śmiech).



Aaa, w pełni rozumiem ten stres. Też mam wiele roślin w domu. Skoro tak bardzo się Pan o nie martwi, może warto zainstalować kamerę i obserwować je na żywo przez smartfon?
Nie pomyślałem, że mogę rozwiązać ten problem w ten sposób – to świetny pomysł, dziękuję (śmiech). Jedyny problem polega na tym, że gdybym zobaczył na telefonie, że coś jest nie tak, mógłbym natychmiast przerwać podróż i wrócić do domu.
No tak, to jest pewne ryzyko (śmiech). Ale przez smartfon można nawet… mówić do warzyw!
Rzeczywiście! Może trzeba im po prostu powtarzać: „Never give up” (śmiech).
Na koniec mam jeszcze do Pana małą prośbę. Nasze wydawnictwo istnieje już od kilkunastu lat, a naszą misją jest popularyzowanie wiedzy o zegarkach w Polsce. Czy mógłby Pan przekazać kilka słów bezpośrednio naszym czytelnikom i czytelniczkom?
Moja wiadomość jest taka: jeśli chcecie podjąć jakieś wyzwanie, nie bójcie się porażki. Dzisiaj wiele osób obawia się niepowodzeń i dlatego rezygnuje z działania. A porażka zawsze może stać się kolejnym krokiem. Nawet jeśli poniesiecie porażkę wiele razy, każda z nich może prowadzić do następnego etapu. Kiedy uda się je przezwyciężyć, może otworzyć się zupełnie nowa przyszłość.
Dlatego chciałbym powiedzieć: nie bójcie się porażek i podejmujcie wyzwania!
Chciałbym też podziękować czytelnikom za wsparcie. Mam nadzieję, że dzięki państwa sile i zainteresowaniu magazyn „Zegarki i Pasja” będzie się dalej rozwijał i istniał jeszcze długo. Życzę państwu, abyście nadal odkrywali nowe treści, nowe historie i nowe inspiracje związane z zegarkami. Dzię-ku-ję!
Dziękuję! Chcę jeszcze raz podkreślić, że był to dla mnie ogromny zaszczyt móc z Panem przeprowadzić tę rozmowę. Bardzo dziękuję.
Więcej ciekawych rozmów tu: wywiady o zegarkach i z osobami ze świata zegarków.









greenlogic.eu