Zanim w Genewie obudzą się banki i jubilerzy, zanim jezioro Leman zdąży zmienić kolor z ołowianego na szary, w jednej z pracowni Gerald Charles pali się już światło. Na stole, w niewielkim czarnym uchwycie wybitym skórą – takim, jaki od wieków służy złotnikom do unieruchamiania metalu bez ryzyka porysowania go – spoczywa kawałek metalu niewiele większy od paznokcia kciuka. To jeszcze nic wielkiego, początek, czyli płaska, matowa tarcza, gładka jak powierzchnia spokojnego stawu.
Rzemieślnik siada przy blacie, w dłoni trzyma narzędzie przypominające cieniutki, drewniany ołówek zakończony nie grafitem, lecz hartowaną stalową końcówką – to punca, przyrząd tak stary jak samo złotnictwo. Druga ręka unosi młoteczek wielkości zapałki. I zaczyna się seria uderzeń. Nie chaotycznych – wyliczonych. Stuk, stuk, stuk, każde z nich zostawia na powierzchni metalu jedną, niepowtarzalną fasetkę, wielkości główki szpilki. Kąt nachylenia narzędzia, siła uderzenia, moment, w którym rzemieślnik przesunie puncę o ułamek milimetra – to wszystko decyduje, jak ta jedna, mikroskopijna płaszczyzna złapie później światło.
Ta scena powtórzy się kilkaset razy, zanim tarcza zostanie uznana za skończoną. Godzinami. Bez lasera, bez maszyny CNC – jedynie ręka, oko i doświadczenie zbierane latami.
Kiedy rzemieślnik w końcu odłoży narzędzia, na stole będzie leżał przedmiot, którego nikt nigdy nie odtworzy dokładnie tak samo. Nie dlatego, że ktoś by nie potrafił – po prostu ruchy ludzkiej ręki nie powtarzają się nigdy co do milimetra, a tym bardziej co do kąta czy siły uderzenia. To jest właśnie sedno Masterlink Atelier Edition – zegarek mechaniczny, w którym najbardziej zaawansowane rozwiązania techniczne spotykają się z najstarszą z technik – kucie ręczne, metier d'art, które w zegarmistrzostwie ceni się dziś bardziej niż niejeden kamień szlachetny.

Dlaczego akurat ten zegarek, akurat w atelier Gerald Charles w Genewie i akurat w taki sposób? Cofnijmy się o niemal sto lat, do dnia narodzin człowieka, którego nazwisko brzmi w świecie zegarmistrzostwa niemal jak zaklęcie.
Człowiek, który wymyślił zawód „projektant zegarków”
1 maja 1931 roku w Genewie przychodzi na świat chłopiec, syn Szwajcarki i Włocha. Nazywa się Gérald Charles Genta. Nikt jeszcze nie wie, że za kilkadziesiąt lat branża zegarmistrzowska – dotąd zdominowana przez inżynierów i konstruktorów – pozna dzięki niemu zupełnie nowe pojęcie: projektanta zegarków jako artysty. Przed Gentą taki zawód praktycznie nie istniał w świadomości kolekcjonerów. Zegarki „się konstruowało”. Genta postanowił je „zaprojektować” – tak, jak architekt projektuje budynek, a nie tylko oblicza jego statykę.
Młody Genta kończy szkołę złotniczą i jubilerską w genewskiej École d'Art, a w 1951 roku, mając zaledwie dwadzieścia lat i trafia do Universal Genève. To początek kariery, która w ciągu kilku dekad odmieni oblicze całej branży. W 1969 roku zakłada własną firmę pod swoim nazwiskiem.
Rok 1972 przynosi przełom, po którym już nic nie będzie takie samo - dla Audemars Piguet Genta projektuje stalową kopertę z widocznymi śrubami na lunecie i bransoletą zintegrowaną z kopertą w jedną, płynną linię. Nazywa się Royal Oak. Cztery lata później, w 1976 roku, podobny język formy – ośmiokątna luneta, zintegrowana bransoleta – trafia do Patek Philippe pod nazwą Nautilus. Do tego dochodzą prace dla IWC (kultowy Ingenieur), Omegi (Constellation) czy Cartiera (Pasha).

W pewnym momencie swojej kariery Genta twierdził, że zaprojektował sto tysięcy różnych zegarków. Nawet jeśli to liczba mocno poetycka, intuicja stojąca za nią jest prawdziwa: nikt w historii zegarmistrzostwa nie ukształtował tak wielu ikon jednocześnie. Prasa branżowa zaczyna nazywać go „Picassem zegarków” – i to przezwisko przylgnie do niego już na zawsze.
Lata 90. przynoszą zmianę własnościową. Genta stopniowo oddaje kontrolę nad firmą noszącą jego nazwisko – najpierw trafia ona w ręce singapurskiej grupy The Hour Glass, a ostatecznie, u progu nowego millenium, prawa do marki „Gerald Genta” przechodzą do koncernu Bulgari. To dla wielu twórców byłby koniec – w końcu stracili prawo do posługiwania się własnym nazwiskiem w biznesie, który sami stworzyli. Dla Genty stało się to początkiem ostatniego, najbardziej osobistego rozdziału.
Dwa imiona zamiast nazwiska
W roku 2000, nie mogąc już komercyjnie posługiwać się nazwiskiem „Genta”, siedemdziesięcioletni twórca zakłada nową firmę. Sięga po rozwiązanie tyleż praktyczne, co symboliczne: łączy swoje imię i drugie imię – Gérald i Charles – tworząc markę Gerald Charles. To nie jest sprytny sposób na obejście prawa. To gest twórcy, który mówi wprost: nawet pozbawiony możliwości użycia własnego nazwiska, wciąż jestem sobą, wciąż projektuję tak samo.
W jednej z niewielu zachowanych wypowiedzi z tamtego okresu Genta mówił, że zależy mu na tym, by pozostać niszową manufakturą, który tworzy ograniczoną liczbę zegarków robionych ręcznie, w sposób daleki od wielkich wytwórców tej branży.
Trzy lata później, w 2003 roku, Genta – już bez presji budowania firmy od zera, zmęczony administracyjną stroną biznesu – powierza przyszłość Gerald Charles rodzinie Zivianich, z którą łączyła go wieloletnia, osobista przyjaźń zawiązana jeszcze w latach 80. na mediolańskich targach Montres & Bijoux. Franco Ziviani, ceniony w branży menedżer związany wcześniej z włoskim oddziałem Audemars Piguet, poleca do prowadzenia spółki swojego brata Giampaolo. Genta zostaje przy marce jako dyrektor kreatywny – i to na tym stanowisku, w 2006 roku, przedstawia model, któremu nadaje swój własny przydomek: Maestro. To właśnie Maestro – z charakterystyczną, asymetryczną kopertą i delikatnym „uśmiechem” na godzinie 6 – stanie się później genetycznym przodkiem wszystkich kolejnych kolekcji domu, w tym Masterlinka.

17 sierpnia 2011 roku, w wieku 80 lat, Gérald Charles Genta odchodzi z tego świata, ale zostawia po sobie coś więcej niż katalog modeli zegarków – setki niepublikowanych szkiców, archiwum idei, z którego marka czerpie do dziś. Rodzina Zivianich kontynuuje jego dzieło, a od kilku lat na czele firmy stoi młodsze pokolenie – Federico Ziviani jako CEO. To właśnie on, od 2019 roku, odpowiada za współczesny renesans marki. Przywraca jej rozpoznawalność, otwiera butiki, buduje od podstaw własny manufakturowy mechanizm. W 2025 roku Gerald Charles obchodzi ćwierćwiecze istnienia – wciąż jako niezależny, rodzinny dom zegarmistrzowski, wciąż wierny obietnicy złożonej przez Gentę w 2000 roku: rzadkość ponad skalę.
Koperta, która chowa złożoność pod płaszczem prostoty
Zanim jednak przejdziemy do clou tego modelu, czyli młotka i tarczy, warto zatrzymać się na chwilę przy samej konstrukcji Masterlinka, stanowiącej podstawę całej tej opowieści o rzemiośle.


Masterlink to pierwszy w historii marki Gerald Charles zegarek z bransoletą zintegrowaną bezpośrednio z kopertą – i pod tą pozornie prostą definicją kryje się zadanie inżynierskie o zaskakującej złożoności. Powód? Asymetria.
Charakterystyczna „uśmiechnięta” krzywizna koperty Maestro na godzinie 6, odziedziczona po pierwszych projektach Genty, oznacza, że koperta Masterlinka nie jest lustrzanym odbiciem samej siebie względem żadnej osi. To z kolei sprawia, że każde ogniwo bransolety musi być zaprojektowane inaczej po każdej ze stron zegarka. Na godzinie 6. centralne ogniwa łagodnie podążają za krzywizną koperty, by później, ogniwo po ogniwie, stopniowo się „prostować”. Na godzinie 12. – przeciwnie, kontynuują prostą linię górnej krawędzi koperty. Nigdzie nie widać śrub.
Zapięcie motylkowe jest w całości ukryte wewnątrz ostatnich ogniw, a przyciski zwalniające schowane tak, by nie zaburzać ciągłości metalowej powierzchni. Regulacja długości odbywa się za pomocą umieszczonych od spodu śrub, z wysoką precyzją dopasowania do nadgarstka. Efekt końcowy to jedna, płynna, „taśma” stali, szczotkowana pośrodku i polerowana po bokach – skomplikowany funkcjonalnie mechanizm i zarazem wizualnie jedna nierozerwalna powierzchnia.

Co ciekawe, ten koncept integracji bransolety z asymetryczną kopertą ma swój sekretny, znacznie wcześniejszy pierwowzór. W 2007 roku Genta zaprojektował dla rodziny królewskiej Sarawaku unikatowy zegarek o nazwie Sarawak – wysadzaną diamentami i rubinami kopertę z w pełni zintegrowaną bransoletą – jego szkic widzieliście w arytkule nieco wcześniej. Projekt pozostawał nieznany szerokiej publiczności aż do 2024 roku, kiedy to marka ujawniła go jako bezpośredniego przodka Masterlinka. To swoisty dowód historyczny na to, że nawet najbardziej nowoczesne pomysły domu Gerald Charles mają korzenie sięgające czasów samego Genty.
Sama koperta Masterlinka mierzy 38 milimetrów na 38 milimetrów – kwadratowa w proporcjach, ale niepozbawiona charakterystycznej asymetrii, bardziej zwarta niż koperta poprzedzającego ją modelu Maestro. Grubość całości to zaledwie 7,99 milimetra, a sam mechanizm wewnątrz ma tylko 2,67 milimetra wysokości. To nie jest cienkość dla samej cienkości – to efekt tysięcy decyzji inżynierskich, z których jedna zasługuje na osobne zdanie: zakręcana koronka.

Element z zasady dokładający grubości kopercie, ale tu została ona zintegrowana bez dodania choćby dziesiątej części milimetra do wysokości koperty. Czworokątna, wykończona motywem Clous de Paris, wkręca się w bok koperty, zapewniając 100 metrów wodoszczelności.
Jak ujął to sam Federico Ziviani, chodziło o to, by prostota chowała pod sobą złożoność, by zegarek pozwalał wszystko wyczuć palcami, a jednocześnie niczego nie zdradzał wzrokiem – i nazwał to prawdziwą sztuką projektowania.


Koperta wykończona jest szczotkowaniem po bokach i polerowana od góry ma też stopniowaną, lunetę, której górna powierzchnia jest szczotkowana a wszystkie pozostałe mają lustrzany połysk.
Szafirowe szkło zamykające kopertę od góry zostało pokryte wielowarstwowymi powłokami minimalizującymi odblaski po obu stronach.
Tarcza, która nie ma bliźniaczej siostry
Wracamy do atelier, do puncy i młoteczka, bo to właśnie w tym aspekcie model Atelier Edition różni się najbardziej od wcześniejszych Masterlinków. Materiałem wyjściowym nie jest, jak można by się spodziewać, popularny w zegarmistrzostwie mosiądz. Gerald Charles wybrał maillechort – stop miedzi, niklu i cynku, znany też jako nowe srebro albo neusilber, twardszy i znacznie trudniejszy w obróbce niż mosiądz. Oznacza to dłuższy czas produkcji, szybsze zużywanie się narzędzi i wyższy odsetek tarcz odrzuconych z powodu niedoskonałości. Innymi słowy: droższy, trudniejszy, bardziej kapryśny wybór. Manufaktura tłumaczy tę decyzję jednym zdaniem, które brzmi niemal jak filozofia firmy: jakość nie jest czymś, o co negocjuje się na końcu procesu, ale zaczyna się od materiału.

Na tak przygotowanej, twardej powierzchni rzemieślnik pracuje metodą zwaną w złotnictwie kuciem punktowym. Nie ma tu mowy o żadnej automatyzacji – każde uderzenie młoteczka jest osobną, świadomą decyzją, podejmowaną w oparciu o wieloletnie doświadczenie i wyczucie tego, jak metal reaguje na powtarzający się nacisk. Setki takich uderzeń, ułożonych w organiczne pasma przypominające linie papilarne albo słoje drewna, budują na powierzchni tarczy fakturę złożoną z niezliczonych, drobnych faset. Żadne dwie tarcze nie wychodzą spod ręki rzemieślnika identyczne – każda jest osobnym obiektem, zapisem decyzji podjętych przez jedną, konkretną parę rąk w jeden konkretny dzień.
Efekt optyczny tej techniki różni się fundamentalnie od klasycznych sposobów wykończenia znanych z większości luksusowych zegarków, w tym z macierzystej rodziny wzorniczej samego Genty. Tarcza młotkowana ręcznie rozprasza i wychwytuje światło jednocześnie w wielu miejscach swojej powierzchni. Każdy najmniejszy ruch ręki sprawia, że w innym miejscu tarczy pojawiają się nowe refleksy, inne znikają, jeszcze inne migrują z jednego zakątka na drugi. Tarcza nigdy nie wygląda dokładnie tak samo dwa razy i nie jest metafora poetycka, to opis fizyki odbicia światła od nieregularnej powierzchni.

Twórcy z Gerald Charles podjęli przy okazji jeszcze jedną, znaczącą decyzję: na tarczy Atelier Edition celowo zrezygnowano z aplikowanych indeksów godzinowych. Zwykle to właśnie indeksy – osobne, nakładane elementy – przerywają jednolitość powierzchni tarczy. Tutaj postanowiono inaczej: pozwolić, by wykuta faktura była widoczna w całości, bez żadnych przeszkód, tak by światło mogło swobodnie „podróżować” po całej powierzchni. Tarcza staje się w ten sposób jedynym i wyłącznym elementem wizualnym zegarka – niczego się do niej nie dokłada, bo nic tu dokładać nie trzeba.
Masterlink Atelier Edition powstaje w trzech odsłonach kolorystycznych, każda w limitowanej serii 25 egzemplarzy: Golden Rose – różowe złoto, w którym faktura wygląda, jak zastygła lawa, ref. ML1.0-SSPS-SSBR-MI14HM-SBDP, Rhodium – chłodne, srebrzyste wykończenie przywodzące na myśl skute mrozem pole, ref, ML1.0-SSPS-SSBR-MI18HM-SBDP, oraz Golden Yellow – ciepłe, żółte złoto o niemal miodowym połysku, ML1.0-SSPS-SSBR-MI22HM-SBDP.

Łącznie daje to 75 zegarków na całym świecie, z których żaden – dosłownie żaden – nie ma bliźniaczego cyferblatu.
Mechanizm kaliber GCA 1000
Gdyby Masterlink Atelier Edition był tylko pięknie wykutą tarczą osadzoną w dobrze zaprojektowanej kopercie, byłby udanym projektem estetycznym. To, co czyni go w pełni wiarygodnym dziełem haute horlogerie, kryje się jednak pod tarczą i widoczne jest dopiero po odwróceniu zegarka – przez mocowany śrubami przeszklony dekiel - w mechanizmie oznaczonym jako kaliber GCA 1000. To manufakturowy mechanizm z naciągiem automatycznym, opracowany przez Gerald Charles we współpracy ze szwajcarską manufakturą Vaucher Manufacture Fleurier – tą samą, która od lat dostarcza wysokiej klasy mechanizmy m.in. dla marek należących do grupy Richemont.
W klasycznym mechanizmie wahnik to zwykle spory, półokrągły ciężarek zamachowy, obracający się swobodnie nad całą powierzchnią mechanizmu – i to właśnie on w dużej mierze odpowiada za grubość mechanizmu. GCA 1000 rezygnuje z tego rozwiązania na rzecz znacznie mniejszego, przesuniętego w bok mikrorotora, zintegrowanego w płaszczyźnie samego mechanizmu, a nie nad nim. To właśnie ta architektura pozwala kalibrowi osiągnąć wysokość zaledwie 2,67 milimetra przy średnicy 30,59 milimetra, a są to wymiary, które są imponujące.

Mikrorotor w kolorze miedzi naciąga sprężynę podczas ruchu tylko w jednym kierunku i został wykończony dwojako: matowym piaskowaniem oraz szlifem słonecznym, które wspólnie tworzą geometryczny wzór na bazie sześciokątów. Antracytowe mostki mechanizmu zdobi pionowy wzór pasów genewskich, tak by obie strony zegarka – ta widoczna na co dzień i ta odsłaniana tylko od czasu do czasu – tworzyły spójną, jedną opowieść wizualną. Do tego dochodzi perłowanie oraz szlif kołowy na powierzchniach, kół zębatych oraz złocenia dodatkowo wzmacniające kontrast między poszczególnymi elementami wykończenia.
Pod względem czysto technicznym GCA 1000 to konstrukcja licząca 176 komponentów osadzonych na 29 rubinowych kamieniach, pracująca z częstotliwością 21 600 wahnięć balansu na godzinę, czyli 3 herców – to standard zapewniający dobrą równowagę między precyzją chodu a żywotnością mechanizmu. Rezerwa chodu wystarcza na 50 godzin, co przy tak „szczupłym” kalibrze jest dobrym wynikiem. Mechanizm zabezpieczono systemem antywstrząsowym Incabloc, i wyposażono w funkcję zatrzymania pracy balansu podczas regulacji czasu, ale nie podnosi to istotnie precyzji ustawiania czasu w zegarku bez sekundnika i indeksów na tarczy. Co za to istotne, mimo swojej smukłości i wyrafinowanego wykończenia, kaliber GCA 1000 nie jest bytem czysto dekoracyjnym – Gerald Charles poddaje go testom odporności na wstrząsy rzędu 5G, wykonywanym za pomocą pięcioosiowego ramienia robotycznego, symulującego realne warunki noszenia na nadgarstku.

Zegarek ten wskazuje wyłącznie godziny i minuty, za pomocą barwionych termicznie na niebiesko, szkieletowanych wskazówek wypełnionych substancją Super LumiNova. Nie ma też okienka datownika i poza logo, niczego, co odwracałoby uwagę od faktury wykutej ręcznie tarczy.
Dialog dwóch światów
Cała wartość Masterlink Atelier Edition rozgrywa się właśnie w napięciu między tymi dwoma opisanymi wyżej światami. Z jednej strony mamy kopertę i mechanizm – domenę inżyniera, gdzie liczy się kontrolowana geometria, niewidoczna konstrukcja, zmechanizowana doskonałość, spasowana co do mikrona, asymetryczna bransoleta bez jednej widocznej śruby i filigranowy mikrorotor. Z drugiej strony – tarcza, która jest dokładnym zaprzeczeniem tej logiki - widoczny, niepowtarzalny, analogowy ślad ludzkiej ręki pracującej tradycyjnymi narzędziami, bez możliwości stworzenia dwóch identycznych sztuk.


To dwa różne rodzaje doskonałości. Mechanizm jest doskonały tak, jak doskonała może być maszyna – wszystko przewidywalne i powtarzalne, co do dziesiątej części milimetra. Tarcza jest doskonała zupełnie inaczej – tak, jak bywa doskonały przedmiot rękodzielniczy, nie pomimo swojej nieregularności, ale właśnie dzięki niej. Zestawienie tych dwóch filozofii w jednym, spójnym przedmiocie to najciekawszy zabieg Atelier Edition – dialog inżyniera i rzemieślnikiem, między stalą a fakturą, między zegarkiem zaprojektowanym tak, by wyglądać na technicznie doskonały, a tarczą, która powstała w wyniku pracy wymagającej ogromnego, fizycznego wysiłku.
Kiedy rzemieślnik w genewskim atelier odkłada wreszcie młoteczek, a tarcza trafia do złożenia z kopertą, bransoletą i mechanizmem GCA 1000, kończy się historia, która zaczęła się niemal sto lat wcześniej – od chłopca urodzonego w Genewie, który jako pierwszy postanowił, że zegarek można nie tylko skonstruować, ale i zaprojektować.


Masterlink Atelier Edition jest wykonanym w metalu dowodem, że w manufakturze Gerald Charles ręka rzemieślnika i umysł inżyniera są równie ważne i nierozerwalnie związane.
Nasza opinia o zegarku Gerald Charles Masterlink Atelier Edition
Masterlink Atelier Edition to jeden z tych rzadkich przypadków, w których hasło „limitowana edycja” faktycznie coś znaczy, a nie jest tylko marketingowym szyldem naklejonym na standardowy model.
Decyzja o ręcznym kuciu tarczy nie jest kosmetyczną zmianą wykończenia – to zmiana samej logiki produkcji: z powtarzalnej, kontrolowanej maszynowo, na jednostkową i nieprzewidywalną. W segmencie stalowych zegarków sportowych z bransoletą zintegrowaną, gdzie konkurencja toczy się głównie na poziomie proporcji koperty i marki na tarczy, tak surowe postawienie na rękodzieło jest decyzją odważną – i naszym zdaniem trafioną wizerunkowo. Gerald Charles ma tu przewagę, której nie skopiuje żaden większy koncern i może sobie pozwolić na produkcję liczoną w dziesiątkach sztuk rocznie, bez presji skalowania.
Jest też druga strona medalu, o której warto uczciwie wspomnieć. Rezygnacja z aplikowanych indeksów, choć spójna estetycznie, może utrudniać odczyt godziny w słabszym świetle – to zegarek, który stawia charakter tarczy ponad czystą czytelność, i nie każdy użytkownik będzie gotów na ten kompromis.

To zegarek zaprojektowany dla osoby, która już rozumie i docenia Masterlinka jako konstrukcję, a teraz szuka wersji, której nikt inny nie będzie nosił na nadgarstku w identycznej postaci.
Nie jest to propozycja dla każdego – i chyba właśnie o to w niej chodzi.
Ile kosztuje Gerald Charles Masterlink Atelier Edition?
Marka Gerald Charles konsekwentnie nie publikuje cennika dla swoich edycji limitowanych, można ją poznać zadając zapytanie skierowane do butiku lub Atelier w Genewie. To nie jest wymijająca odpowiedź marketingowa, lecz świadoma strategia dystrybucyjna marki, która konsekwentnie stawia na rzadkość i bezpośrednią relację z klientem zamiast na publiczny cennik.
Pewien punkt odniesienia dają jednak ceny pozostałych wersji Masterlinka. Podstawowy, stalowy model czasowy (bez ręcznie kutej tarczy) wyceniany jest na ok. 19 500 EUR, czyli około 84 tysiące złotych (netto). Atelier Edition, jako limitowana seria z tarczą wymagającą wielogodzinnej pracy jednego rzemieślnika oraz droższym w obróbce maillechortem, z pewnością plasuje się wyraźnie powyżej tego pułapu. Ostateczną kwotę – oraz dostępność w ramach limitu 25 sztuk na kolorystykę – poznać można wyłącznie kontaktując się bezpośrednio z Gerald Charles.
Jeszcze jedna ciekawostka odnośnie marki Gerald Charles, otóż jej zegarki nosi znany polski tenisista, z którym odbyliśmy krótką rozmowę w 2024 roku: Hubert Hurkacz o swojej karierze, celach na przyszłość i zegarkach.
12:15 03.09.2026Zegarki
Gerald Charles Masterlink Atelier Edition. Tarcza zegarka spod młotka
Odsłuchaj ten artykuł:
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...
Tagi:
zegarki automatycznezegarek mechanicznyzegarki szwajcarskieprestiżowe zegarkieleganckie zegarkizegarki męskie mechanicznezegarek męski na bransolecieluksusowe zegarki
REKLAMA
Zegarki i Pasja
24 tys. obserwujących
CERTINA (Kurth Freres SA) – historia marki
Początki marki CERTINA sięgają XIX wieku, kiedy to w 1888 roku bracia Adolf i Alfred Kurth założyli przedsiębiorstwo Kurth Freres SA w szwajcarskiej miejscowości Grenchen ...
Leon Prokop - dokładność i piękno kluczem do sukcesu?
Dopracowane szczegóły elementów zewnętrznych oraz ponadczasowe piękno użytych materiałów to cechy wyróżniające markę Leon Prokop na rynku polskiego zegarmistrzostwa. Pomy ...
Katalog Wyrobów Fabryki Edwarda Eppnera w Srebrnej Górze
W wielu miejscach dzisiejszej Polski znajdziemy zegary wieżowe sygnowane nazwiskiem Eppner. Jako, że wyroby te były produkowane we Wleniu, a potem w Srebrnej Górze na Dol ...
Edifice ECB-2300 Sospensione. Sportowy design i rozbudowana funkcjonalność
Linia Edifice w kolekcji japońskiej firmy Casio odpowiada za wyrażenie inspiracji sportem, a szczególnie motoryzacją. Inżynieria i design rodem z samochodów wyścigowych p ...
Roamer Dreamline Diamonds 28 mm. Biżuteria, która odmierza czas
Są zegarki, które próbują błyszczeć. I są takie, które po prostu to robią. Kolekcja Dreamline Diamonds od marki Roamer zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To da ...
Rosenbusch. Minimalistyczne niemieckie zegarki, które zapadają w pamięć (AuroChronos 2026)
Dziś wyruszamy na spotkanie z marką, która mimo pozornemu minimalizmowi na długo zapada w pamięć. Rosenbusch, bo to o tym niemieckim producencie mowa, jest stosunkowo mło ...
Tudor 1926 Luna. Pierwszy zegarek z fazami księżyca w historii marki
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale właśnie dotarło do mnie, że przez 99 lat działania Tudor, marka z takimi tradycjami i możliwościami, nigdy, przenigdy, nie stworz ...
Bulova Classic Hudson Automatic. Gra tekstur na tarczy zegarka
Bulova Classic Hudson Automatic to zegarek mechaniczny dla mężczyzny ceniącego klasyczną elegancję z nowoczesnym akcentem. Jest to typowy "dress watch", czyli elegancki z ...
Gerald Charles Masterlink Atelier Edition. Tarcza zegarka spod młotka
Zanim w Genewie obudzą się banki i jubilerzy, zanim jezioro Leman zdąży zmienić kolor z ołowianego na szary, w jednej z pracowni Gerald Charles pali się już światło. Na s ...
Prezentujemy: A. Lange & Söhne Lange 1 Tourbillon Perpetual Calendar “Lumen”
Marka A. Lange & Söhne przyzwyczaiła nas do tego, że ich projekty są zwykle w jakiś sposób „naj”. Najbardziej dopracowane, najbardziej skomplikowane mechanicznie, wykorzy ...
Luminox Pacific Diver 3120 Transformative Teal. Limitowany zegarek o podwójnej naturze
Kiedy słońce chowa się za horyzontem Oceanu Spokojnego, światło nie znika od razu, ale przechodzi w fazę powolnej, hipnotyzującej metamorfozy. Ciepłe złoto i głęboka purp ...
Prezentujemy: Eberhard & Co. Chronograph Tazio Nuvolari. Sportowe zegarki w stylu retro
Wielu osobom Szwajcaria kojarzy się z precyzją z jakością, ale jeśli ktoś szuka nietuzinkowej stylistyki, polotu i swoistego luźnego podejścia do otaczającego świata, to ...









greenlogic.eu