Kwiecień 2019 roku, Oklahoma City. Hala huczy. Piąty mecz pierwszej rundy play-off, ostatnie sekundy, wszyscy na trybunach znają scenariusz i wszyscy wiedzą, kto ma piłkę. Damian Lillard, 28 lat, rozgrywający Portland Trail Blazers, ma już w nogach pięćdziesiąt punktów. Mógłby jeszcze pokiwać, poczekać, zbliżyć się do kosza. Nie czeka.
Odrywa się od parkietu daleko za linią trzech punktów, mniej więcej jedenaście metrów od obręczy – tam, gdzie kończą się rozsądne decyzje, a zaczynają anegdoty opowiadane potem przy piwie. Piłka leci dłużej, niż ktokolwiek chciałby to znosić. Kiedy siatka drga pod ciężarem trafienia, Lillard nie wpada w szał. Macha ręką, spokojnie, jakby żegnał się z gospodarzami przy drzwiach. Portland wygrywa 118:115 i zamyka serię wynikiem 4:1.
Kiedy oglądałem tę akcję, nie patrzyłem na piłkę, spoglądałem na zawodnika, który zaakceptował wynik, zanim ogłosił go sędzia. Uważam, że właśnie ten jego spokój jest sednem „Dame Time”, to przekonanie, że ostatnia sekunda jest tylko wierzchołkiem góry, którą zbudowało się wcześniej – w pustych halach, o poranku, bez kamer.

Gest, którym Lillard stuka w nadgarstek, jakby tam był zegarek, jest symbolem tej filozofii. Nic dziwnego, że prędzej czy później musiał się pojawić również prawdziwy zegarek.
Złoty chłopak z Oakland
Historia Lillarda zaczyna się na asfaltowych boiskach Oakland w Kalifornii, gdzie kosz bywa byle jak zawieszonym przedmiotem imitującym obręcz, a jego siatkę zastępuje wyobraźnia. Potem było Ogden w stanie Utah i niewielki Weber State – uczelnia, o której kibice przypomnieli sobie dopiero wtedy, gdy zaczął na niej błyszczeć ten chłopak.
W 2012 roku Portland wybrało go z szóstym numerem draftu, a rok później Lillard został Debiutantem Roku. Reszta to rozdział, który kibice Trail Blazers znają na pamięć: dziewięć występów w Meczu Gwiazd, status najlepszego strzelca w historii klubu i wieczór z lutego 2023 roku, kiedy w jednym spotkaniu z Houston Rockets rzucił 71 punktów.
Lillard ma też drugie życie jako raper – występuje jako Dame D.O.L.L.A., a ten pseudonim rozwija się w zdanie o charakterze niemal credo: „Different On Levels the Lord Allows”. Nie sądzę, że to przypadek, że właśnie te dwa światy – sport i muzyka, dyscyplina i swoboda – tak łatwo mieszają się w jego życiu. Podobnie jest z przedmiotem, który zrodził się ze współpracy Lillarda z Tissot – w końcu zegarek to połączenie inżynierii ze sztuką.
Powrót, na który czekało Portland
Początek sezonu zasadniczego 2016/2017 w wykonaniu Damiana Lillarda był wyjątkowo imponujący – w swoich pierwszych ośmiu meczach zdobył aż 262 punkty. Ostatnim koszykarzem, który zanotował tak wysoki wynik na tym etapie rozgrywek, był Kobe Bryant (264 punkty w sezonie 2009/2010). Dokładnie 28 stycznia 2017 roku Lillard dołączył do elitarnego grona – obok Michaela Jordana i LeBrona Jamesa stał się jedynym zawodnikiem w historii, który w pierwszych pięciu sezonach na parkietach NBA uzbierał co najmniej 8000 punktów i 2000 asyst.

Kolejny kamień milowy nadszedł 8 kwietnia 2017 roku. W wygranym 101:86 starciu z Utah Jazz rzucił 59 punktów, ustanawiając nowy rekord franczyzy. W tym samym spotkaniu wyrównał swój życiowy wynik 9 celnych rzutów zza łuku, a także zaliczył 27. mecz w sezonie z dorobkiem minimum 30 punktów – co również stało się nowym klubowym rekordem.
W kwietniu 2025 roku, w pierwszej rundzie play-off z Indianą Pacers, Lillard, wtedy zawodnik Milwaukee Bucks, zerwał lewe ścięgno Achillesa. Po latach opowiadał, że jakiś telewizyjny ekspert już zdążył ogłosić koniec jego kariery. Bucks rozstali się z nim, a w lipcu 2025 roku Lillard podpisał trzyletni kontrakt z klubem, od którego zaczynał. Cały sezon 2025/26 spędził poza parkietem. Szesnaście miesięcy rehabilitacji – najdłuższa przerwa w jego karierze trwająca dokładnie 528 dni, która zakończyła się w październiku 2026 roku.
Marka Tissot wpisała się w tę opowieść z wyczuciem, które mi imponuje. 4 października marka pojawiła się na corocznym Fan Fest Portland Trail Blazers, świętując powrót Lillarda do miasta. Pod hasłem „Dame Time to nasz czas” fani mogli obejrzeć Wall of Dame – oś czasu z kluczowymi momentami jego drogi i wrzucać listy do skrzynki „Dear Dame”. Czujecie to? W świecie, w którym wszystko dzieje się na ekranach smartfonów, ktoś wręczył ludziom długopis i papier.
Premiera zegarka została zaplanowana na 21 października 2026, czyli na dzień meczu otwarcia sezonu przeciwko Phoenix Suns. I tu, jak w dobrze napisanym scenariuszu, rzeczywistość nie zawiodła. Portland wygrało 124:83, wygrywając pierwszą kwartę 43:12.
Zerknijcie na wideo z tego meczu, które pochodzi z You Tube z kanału @motionstation4342:
Lillard, wracając do gry o stawkę, zdobył 25 punktów, trafiając sześć z dziesięciu rzutów za trzy i wszystkie pięć wolnych oraz dorzucając sześć asyst.
Zegarek, który miał upamiętnić powrót, trafił na rynek w wieczór, który ten powrót potwierdził.
Od złota do burgundu
Lillard jest ambasadorem marki Tissot od 2021 roku. Marka, oficjalny chronometrażysta NBA, pierwszą wspólną edycję pokazała na początku 2024 roku, był to opisywany przez nas PRX Damian Lillard Powermatic 80 w kopercie ze złotą powłoką PVD, czarną tarczą i tłoczonym, powtarzalnym motywem zera. Do tego zegarek miał sekundnik z przeciwwagą w kształcie monogramu zawodnika i flanszę wokół tarczy opisaną czterema hasłami: „DAME”, „TIME”, „DDKK” oraz „YKWTII”, czyli „You Know What Time It Is”. Pod szkłem dekla widniał z kolei obraz jego słynnego gestu.
Drugi, a nowy zegarek Tissot PRX Skeleton Damian Lillard Special Edition jest zupełnie inny, i to mi się w nim podoba najbardziej.


Zamiast złotego blasku dostajemy głęboką czerwień wina i mechanizm nakręcany ręcznie. Zamiast pełnej tarczy, jest szkieletowana, po raz pierwszy w historii kolekcji PRX! Koperta ma aż 44 milimetry średnicy i jest, jak dotąd, największa, jaką Tissot zastosował w tej linii. Ponoć Lillard odegrał też aktywną rolę w procesie twórczym.
Powiedział nawet, że zegarek przypomina mu jego życie, ponieważ każda część zegarka ma swoje przeznaczenie, a całość powstaje dzięki niezliczonym komponentom, detalom i ludziom. To, jak sam mówi, do złudzenia przypomina jego życie - każde doświadczenie, wyzwanie i każda osoba, którą spotkał, odegrały swoją rolę. Można to oczywiście potraktować jako banalny, marketingowy frazes, ale ja dostrzegam tu pewną wskazówkę. Skoro każda część jest ważna, zróbmy tak, żeby wszystkie były widoczne – dlatego zegarek ma szkieletowany cyferblat.
Sam gracz na krótkim wideo mówi o procesie powstawania tego modelu:
Zegarek Tissot PRX Skeleton Damian Lillard Special Edition nie jest limitowany, ale jest to edycja specjalna, oznaczona referencją T137.405.17.371.00.
PRX w rozmiarze XL
Model PRX od początku był dla mnie zegarkiem z charakterem. Jego sylwetka, z bokami zbiegającymi się ku zintegrowanym uchom rozpoznawalna jest z daleka, teraz w wersji 44 milimetrów, ta sylwetka zyskuje rozmach. Korpus przypomina zaokrągloną poduszkę, której płaszczyzny schodzą się ku sobie, aż do miejsca, gdzie pasek stuka się z kopertą.
Powierzchnie koperty są szczotkowane, zaś fazowane przejścia pomiędzy nimi polerowane, dzięki czemu bryła zegarka nabiera dynamiki. Lewy bok koperty zdobi napis „DAME TIME”, wykonany jako głęboki grawerunek: wielkie, proste litery o geometrycznym kroju, wcięte głęboko w stal. Po drugiej stronie koronka, nie za mała, ponieważ służy nie tylko do ustawiania czasu, ale również do nakręcania zegarka. Nad tym wszystkim fazowana i lustrzanie wypolerowana, stalowa luneta okalająca szafirowe szkło.


Szkła są dwa i oba są szafirowe. Z przodu szkło szafirowe z powłoką minimalizującą powstawanie odblasków, co w zegarku o szkieletowanej konstrukcji tarczy i mechanizmu ma szczególne znaczenie, bo mamy podziwiać mechanikę, a nie lustrzane odbicia sufitowej lampy. Zegarek jest wodoszczelny do 10 barów (100 m), więc jest jak najbardziej sportowy, bez żadnych ograniczeń.
Dekiel jest wkręcany, stalowy, z szafirowym szkłem, a na jego powierzchni widoczne są podstawowe informacje o tym modelu, wygrawerowane na jego obrzeżu. Przez szkło widać mechanizm, a na szkle – nadrukowany bordowym tuszem podpis Damiana Lillarda.
Bordowe pierścienie i regularny rytm indeksów
Nazwa „tarcza” jest w tym przypadku odrobinę umowna, bo w zasadzie jej nie ma. Jest za to konstrukcja, w której zewnętrzny pierścień w głębokim bordowym odcieniu obramowuje całość jak ramka obraz. Między nim, a drugim, mniejszym pierścieniem, rozpięto fasetowane indeksy o polerowanych powierzchniach.

Między nimi i pod nimi widać ażurowy mechanizm: srebrzyste mosty, złote koła zębate, rubinowe kamienie łożyskowe. Poniżej dwunastej umieszczono stylizowaną płytkę z wygrawerowanym „TISSOT 1853” na szczotkowanym tle. Szkieletowane tarcze bywają męczące, bo oko nie ma gdzie odpocząć. Tu odpoczynkiem są bordowe pierścienie i regularny rytm indeksów które porządkują strukturę wskazań, dzięki czemu cyferblat nie jest chaotyczny.
Sekundnik z monogramem
Godziny i minuty wskazują szerokie wskazówki typu „pencil” wypełnione substancją luminescencyjną Super-LuminNova. W zegarku szkieletowanym czytelność jest wiecznym problemem – tło jest ruchliwe, a wskazówki muszą z nim „walczyć” o Twoją uwagę i dlatego tutaj chętnie widziałbym je w większym kontraście w stosunku do tarczy, jednak uważam, że to, co widzimy jest rozsądnym kompromisem.

Najbardziej „designerski” jest jednak mały sekundnik na godzinie dziewiątej. Otoczona bordowym pierścieniem z napisem „DAME TIME” złota skala sekundnika, w której wnętrzu obraca się wskazówka sekundowa w kształcie monogramu Lillarda, czyli stylizowanej litery „D” przeciętej dwoma pionowymi kreskami, które kojarzy się też ze znakiem dolara – to ukłon w stronę D.O.L.L.A. (bez R). Ciągle obracający się sekundnik - monogram, jest metaforą człowieka, który nigdy nie odpuszcza.
Koronka i rytuał nakręcania
Koronka po prawej stronie koperty jest karbowana i oznaczona literą „T” na czole. Ponieważ mechanizm nie ma naciągu automatycznego, każdego ranka trzeba nią pokręcić, żeby sprężyna napędowa odzyskała siłę. Moim zdaniem to dobra decyzja, jeśli chodzi o wybór mechanizmu. Skoro Damian Lillard buduje swoją filozofię na rytuałach, na codziennej pracy, której nikt nie widzi, trudno o lepszą ilustrację tych zasad niż zegarek, który wymaga od właściciela podobnej dyscypliny. Dodatkowo brak wahnika sprawia, że nic nie przesłania tego, co z założenia ma pozostać odkryte.
Mechanizm - stary znajomy w nowej roli
Serce zegarka Tissot PRX Skeleton Damian Lillard Special Edition jest szkieletowany mechanizm o ręcznym naciągu, bazujący na ETA Unitas 6497. Dla miłośników zegarmistrzostwa to nazwa z historią, bowiem kaliber wywodzi się z zegarków kieszonkowych i przez dziesięciolecia był stosowany przez wiele marek, w tym także Tissot, a jego duża, solidna konstrukcja łożyskowana na 17 kamieniach daje pole popisu do szkieletowania. Jego duże koło balansowe oscyluje z częstością 18 000 wahnięć na godzinę, zaś rezerwa chodu to 46 godzin.


Dekoracje mechanizmu stanowią promieniście rozchodzące się „wirujące” pasy oraz barwione na niebiesko śruby. Koła zębate szkieletowane dla lepszego wglądu w strukturę mechanizmu.
Moim zdaniem największą zaletą tego rozwiązania jest jego autentyczność, nikt nie próbuje tu udawać manufaktury z wyższej półki. Postawiono na sprawdzony kaliber, ubrany w nowy „kostium”, z pomysłowymi dodatkami. Można się zastanawiać się, dlaczego nie zastosowano nowszego mechanizmu z arsenału ETA z dłuższą rezerwą chodu? Dlatego, że ETA Unitas ma duszę zegarka kieszonkowego – a właśnie to pozwoliło zbudować cały koncept, o czym za chwilę się przekonacie.
Dwa paski i… skrzynka na mleko
W zestawie znajdują się dwa paski, oba w kolorze burgundu, z systemem szybkiej zmiany. Pierwszy, gumowy, ma wzór, który od razu przykuwa uwagę – wypukłą kratownicę cienkich linii. To nie jest przypadkowy motyw, nawiązuje bowiem do skrzynek na mleko, z których, w dzieciństwie Lillarda robiono prowizoryczne kosze do koszykówki w miejscach, gdzie zrodziła się jego pasja do gry. Zapinany jest na klasyczną sprzączkę ozdobiona logo marki.
To kolejny, bardzo autentyczny element tego projektu.


Drugi, skórzany, ma zupełnie inny charakter. Bordowa, gładka skóra naturalna z otworami do ustalenia długości, jest bardzo elegancka, pasek wyposażony jest w tym wypadku w bezpieczne, składane zapięcie. Z mojego doświadczenia wynika, że burgundowa skóra starzeje się szlachetnie, ciemnieje przy krawędziach, nabiera połysku w miejscach, gdzie wyciera się o mankiet. Na skórzanym pasku zegarek traci swoją sportową ostrość i zbliża się – mimo znaczącego rozmiaru - do klasycznego zegarka wizytowego.
Kieszonkowy plan B
To jest coś, co zaskoczyło mnie najbardziej i - moim zdaniem - wyróżnia ten zestaw na tle wielu innych specjalnych edycji podobnych zegarków. Do zestawu dołączono system konwersji, który zamienia zegarek na rękę w zegarek kieszonkowy! Burgundowe skórzane etui, o kształcie nawiązującym do zarysu koperty PRX, ma u góry okrągły zatrzask, a do niego przypięty jest stalowy łańcuszek z obrotowym karabińczykiem. Koperta wpasowana jest w skórzane etui w taki sposób, że nie widać koperty a jedynie cyferblat okolony pierścieniem lunety.

Mechanizm, który powstał dla kieszeni, wraca do kieszeni. Taki szczególny wyraz szacunku dla zegarmistrzowskiej tradycji i jednocześnie zaproszenie do odkrywania zegarka na nowo, w garniturze, bez paska, z łańcuszkiem przy pasie, jak bohater filmu z dawnych dekad. Do nakręcania trzeba jednak wyjmować zegarek z tego etui, więc nie sądzę, żeby był to preferowany sposób noszenia tego zegarka przez użytkowników.
Całość jest dostarczana w specjalnym, czarnym pudełku kolekcjonerskim, którego wnętrze wykończone jest wzorem kratownicy za skrzynek na mleko.
Nasza opinia o Tissot PRX Skeleton Damian Lillard Special Edition
Zegarek Tissot PRX Skeleton Damian Lillard Special Edition zrobił na mnie duże wrażenie, konsekwencja kolorystyczna, motywy nawiązujące do życia i kariery Damiana Lillarda, monogram na sekundniku i zestaw kieszonkowy, to coś, co zdecydowanie wychodzi poza schemat i jest bardzo dopracowanym projektem, bez dwóch zdań.


Marka Tissot, współpracująca z najlepszą ligą koszykarską na świecie, wykazała się nie tylko kunsztem, ale przede wszystkim pomysłowością i wspaniałym wyważeniem artystycznym i inżynierskim. Koperta w rozmiarze 44 milimetry to sporo, jednak jest to zegarek sportowy, a koperta PRX-a sprawia na ręku wrażenie mniejszej niż wynika to z liczb, więc nie powinno być to problemem, nawet dla klientów o szczuplejszych nadgarstkach. Zawsze można zdecydować się na wariant… zegarka kieszonkowego 😊
Tissot PRX Skeleton Damian Lillard Special Edition trafił do sprzedaży 21 października 2026 roku, a jego cena w Polsce została ustalona na poziomie 8 800 złotych.
Sprawdź też nasze pozostałe publikacje dotyczące nowości tej marki tu - zegarki Tissot.









greenlogic.eu