Podziemny parking gdzieś w Nicei, a w kadrze tylko jeden samochód – czarne BMW serii 7. Za kierownicą siedzi mężczyzna o twarzy równie nieruchomej, jak sceneria wokół niego. To rok 2002, kino, wielki ekran i przestrzenny dźwięk, a ja siedzę gdzieś w środkowym rzędzie, jeszcze nie do końca świadomy, że za chwilę zobaczę coś, co zostanie ze mną na dwie dekady. Frank Martin – Jason Statham w swojej kultowej roli „Transportera”, unosi lewy nadgarstek w stronę kamery i jednym, wyćwiczonym ruchem wyłącza alarm. Kamera zatrzymuje się na ułamek sekundy dłużej, niż wymagałaby tego czysta narracja i widać dużą, tytanową kopertę w kształcie poduszki, tarczę w kolorze czarnym z trzema licznikami stopera, polerowaną, stalową skalę tachometryczną na pierścieniu i sierpowaty kabłąk osłaniający koronkę. Nie miałem wtedy pojęcia, co to za zegarek, jednak, wiedziałem, że koniecznie muszę się dowiedzieć, co to za marka i model.
Kulisy wyboru tego konkretnego zegarka
Tamten wieczór okazał się początkiem znacznie dłuższej historii niż dziewięćdziesiąt kilka minut seansu. W czasach, gdy wyszukiwanie w Internecie oznaczało żmudne wpisywanie fraz w rodzaju „duży zegarek ze stoperem i łukiem nad koronką”, dotarcie do nazwy Panerai zajęło mi nieco czasu – ale kiedy już się udało, okazało się, że model noszony przez Franka Martina to Luminor Chrono, referencja PAM00074. Chronograf z kopertą o średnicy 40 milimetrów, wykonaną z tytanu (wbrew pierwszemu wrażeniu z ekranu, gdzie dzięki kształtowi i masywnej osłonie koronki sprawiała wrażenie znacznie większej), oraz z polerowanym stalowym pierścieniem ze skalą tachometru, do tego trzy totalizatory na tarczy i okienko daty między godziną czwartą a piątą.

Mechanicznym sercem zegarka jest kaliber OP IV, oznaczenie, pod którym Panerai kryła wówczas zmodyfikowany mechanizm Zenith El Primero, jeden z najbardziej cenionych chronografów z automatycznym naciągiem w historii zegarmistrzostwa. Model produkowano w limitowanej serii liczącej około półtora tysiąca sztuk, co czyniło go rzadkością nawet wśród entuzjastów marki. To był mój pierwszy „kontakt” z Panerai – i moment, w którym zrozumiałem, że zegarek na czyimś nadgarstku na ekranie potrafi zapisać się w pamięci równie mocno, co scenariusz całego filmu.
Oczywiście ten model Panerai nie miał funkcji alarmu, który nota bene w filmie brzmiał jak z najtańszego Casio. Takich nieścisłości w tej filmowej produkcji jest więcej, chociażby samochód – określany w filmie jako BMW 735i, był de facto modelem 750i z silnikiem V12 o pojemności 5,4l, jednak BMW bardzo zależało na promocji 735i, stąd błędne oznaczenie na klapie bagażnika. Model auta o oznaczeniu E38 750iL wychodził wyłącznie z automatyczną skrzynią biegów, jednak na potrzeby filmu ma „manual”, żeby sceny pościgu były bardziej widowiskowe.
Kulisy wyboru tego konkretnego zegarka są ciekawsze niż mogłoby się wydawać, choć nie do końca jednoznaczne. Jason Statham, zanim trafił przed kamerę, przez dwanaście lat należał do brytyjskiej kadry narodowej w skokach do wody i zdobył srebrny medal na Igrzyskach Wspólnoty Narodów w 1990 roku – co samo w sobie tłumaczy jego naturalną sympatię do zegarków o rodowodzie narzędziowo-nurkowym. Zanim jeszcze założył Panerai, w swoich wcześniejszych rolach, między innymi w „Porachunkach” i „Snatch” Guya Ritchiego, nosił na ekranie wojskowy zegarek nurkowy marki Marathon – co sugeruje, że jego upodobanie do surowych, funkcjonalnych czasomierzy było autentyczne na długo przed sławą.
Na forach i w społecznościach śledzących zegarki w filmach wielokrotnie powtarza się nieoficjalna, ale dość zgodna relacja, że PAM00074 z pierwszego „Transportera” był po prostu prywatnym zegarkiem samego aktora, przyniesionym na plan, a nie propozycją kostiumografów czy efektem formalnej umowy z Panerai – choć trzeba uczciwie przyznać, że ani produkcja, ani sama marka nigdy oficjalnie tego nie potwierdziły.

Trzy lata po premierze pierwszego filmu na ekrany trafił „Transporter 2”, Frank Martin nosił już nowszy chronograf z rodziny Luminor Chrono Daylight – co może sugerować, że to, co zaczęło się jako prywatny wybór aktora, do czasu sequela zdążyło przerodzić się w świadomą współpracę marki z rosnącą wówczas falą popularności Panerai w Hollywood, napędzaną wcześniej przez Sylvestra Stallone i Arnolda Schwarzeneggera.
Nieważne, która wersja tej historii jest bliższa prawdy. Ten pierwszy, fikcyjny sygnał budzika w mroku podziemnego parkingu okazał się prawdziwym początkiem czegoś, co żadną miarą fikcją nie jest – fascynacji, która dwie dekady później prowadzi mnie z powrotem do tej samej, uparcie wiernej sobie kolekcji zegarków tej luksusowej marki. Tym razem w postaci znacznie większego, bo 47-milimetrowego modelu, z którym miałem okazję poznać się znacznie bliżej.
Nurek, zegarek i ciemność
La Spezia, połowa lat sześćdziesiątych. Woda ma temperaturę, która powoduje mimowolne zaciskanie szczęki, a widoczność kończy się kilkadziesiąt centymetrów od maski. Komandos włoskiej Marina Militare unosi lewy nadgarstek do samych gogli i czeka, aż w polu widzenia rozpali się zielonkawa, fosforyzująca poświata cyfr. Nie ma latarki – światło zdradziłoby pozycję. Ma tylko tarczę, w której substancja na bazie trytu emituje żywe światło, jak małe prywatne słońce zamknięte pod szkłem. To nie jest dodatek do munduru, ale instrument, od którego zależy, czy misja się powiedzie i czy ktokolwiek wróci na powierzchnię o wyznaczonej godzinie.
Zegarek mechaniczny, który mam okazję recenzować, nigdy fizycznie nie zanurzył się w Zatoce Genueńskiej, ani nie towarzyszył płetwonurkom Decima Flottiglia MAS.



Powstał sześćdziesiąt kilka lat później, w szwajcarskiej manufakturze w Neuchâtel, i trafia dziś nie na nadgarstek komandosa, lecz do pudełka z aksamitną wyściółką, gotowego, by zostać rozpakowanym w butiku przy alei pełnej witryn jubilerskich. A jednak, patrząc na jego tarczę – tę specyficzną, spraną barwę kości słoniowej przechodzącą w brąz na obrzeżach – trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie ślad tamtych dekad. Marka Panerai nazwała ten zegarek po prostu Luminor. W katalogu figuruje pod numerem referencyjnym PAM01735. To bardzo konkretny przedmiot: stalowa, 47-milimetrowa koperta w kształcie poduszki, zwieńczona charakterystycznym mostkiem chroniącym koronkę i ręcznie nakręcany mechanizm P.3000.
Odnoszę wrażenie, że Luminor Tropical PAM01735 jest w istocie listem miłosnym napisanym przez współczesną Officine Panerai do samej siebie sprzed siedemdziesięciu lat.


Żeby zrozumieć, dlaczego ta koperta wygląda tak, jak wygląda, i dlaczego marka uparcie trzyma się rozmiarów, które dla wielu współczesnych użytkowników oraz ich nadgarstków graniczą z prowokacją, trzeba cofnąć się znacznie dalej niż do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Trzeba wrócić do Florencji, do małego warsztatu zegarmistrzowskiego i do rodziny, która przez dekady pracowała w niemal całkowitej tajemnicy, jakiej wymagała armia.
Warsztat we Florencji, marynarka i światło bez baterii
Historia Panerai zaczyna się w 1860 roku, kiedy Giovanni Panerai otwiera we Florencji, na Piazza San Giovanni, warsztat zegarmistrzowski połączony ze sklepem i – z czasem – szkołą dla przyszłych zegarmistrzów. To miejsce, „Orologeria Svizzera”, przez dekady serwisowało i sprzedawało szwajcarskie precyzyjne mechanizmy najlepszych ówczesnych domów, od Rolexa po Vacheron Constantin. Prawdziwy zwrot w historii rodziny nastąpił jednak wraz z wnukiem założyciela, Guido Paneraiem, który na początku XX wieku podpisał umowę z Królewską Włoską Marynarką Wojenną i został jej oficjalnym dostawcą precyzyjnych instrumentów: celowników do dział okrętowych, głębokościomierzy, kompasów i mechanicznych kalkulatorów torpedowych. To wtedy firma zaczyna eksperymentować z materiałami świecącymi, które pozwoliłyby odczytywać wskazania przyrządów w całkowitej ciemności czy pod wodą.
Przełom przychodzi w 1916 roku, gdy Panerai patentuje Radiomir – mieszaninę siarczanu cynku i bromku radu, która dała pierwsze na świecie tarcze czytelne po zmroku bez żadnego zewnętrznego źródła światła. To odkrycie, choć dziś budzi niepokój ze względu na promieniotwórczy charakter substancji, było wówczas rewolucją porównywalną z wynalezieniem latarki. W kolejnych dekadach synowie i wnukowie Guido rozwijają współpracę z marynarką, dostarczając w 1936 roku pierwszy prototyp zegarka do nurkowania, a od 1938 roku uruchamiając jego seryjną produkcję dla komandosów Regia Marina – jednostki, która podczas II wojny światowej, w ramach osławionej Decima Flottiglia MAS, przeprowadzała spektakularne akcje dywersyjne przy użyciu miniaturowych łodzi podwodnych i płetwonurków bojowych. To właśnie tam, na nadgarstkach ludzi operujących w najbardziej ekstremalnych warunkach, rodzi się DNA marki: koperta musi być duża, bo tylko duża tarcza gwarantuje odczyt czasu jednym rzutem oka w mętnej wodzie, a zegarek z komponentów dostarczanych między innymi przez Rolexa, który produkował dla Panerai zarówno koperty, jak i mechanizmy – musi przetrwać ciśnienie, zimno i słoną wodę.
Po wojnie, w obliczu rosnącej wiedzy o szkodliwości radu, firma opatentowała w 1949 roku nową substancję świecącą opartą na trycie, nazwaną Luminor – i to od niej wywodzi się nazwa całej dzisiejszej kolekcji.


Kilka lat później, w połowie lat pięćdziesiątych, marka Panerai opracowuje i patentuje swój najbardziej rozpoznawalny element konstrukcyjny: charakterystyczny, zawiasowy mostek dociskający koronkę do koperty i uszczelki, który do dziś jest jej wizualnym podpisem.
Przez kolejne dekady – aż do lat osiemdziesiątych – te zegarki pozostają objęte tajemnicą wojskową i praktycznie nie istnieją poza kręgami marynarki. Dopiero w 1993 roku, na targach w Bazylei, Panerai po raz pierwszy prezentuje cywilną, limitowaną kolekcję, w skład której wchodzą modele Luminor Marina i chronograf Mare Nostrum. To moment narodzin Luminor Marina jako produktu dostępnego dla kogokolwiek poza mundurowymi – i to właśnie ta linia, unowocześniana i reinterpretowana przez ponad trzy dekady, prowadzi wprost do naszego PAM-a.
Rozgłos, jaki Panerai zyskał w latach dziewięćdziesiątych, ma bardzo konkretną przyczynę. Sylvester Stallone, kręcąc w połowie dekady zdjęcia do filmu „Daylight” w Rzymie, natrafił na Luminor Marina w niewielkim sklepie zegarmistrzowskim i zakochał się w jego surowej, wojskowej estetyce na tyle mocno, że kupił kilkadziesiąt egzemplarzy jako prezenty dla przyjaciół z Hollywood. Wśród obdarowanych znalazł się między innymi Arnold Schwarzenegger, który nosił Luminor Marina na ekranie w filmie „Eraser” z 1996 roku – i to zestawienie dwóch największych gwiazd kina akcji noszących ten sam, dotąd niszowy zegarek, uruchomiło lawinę zainteresowania, która ostatecznie zwróciła uwagę koncernu Vendôme (dzisiejszego Richemont). W 1997 roku grupa przejmuje Panerai i rozpoczyna jej globalną ekspansję – z małego, tajnego dostawcy wojskowego marka staje się jednym z najbardziej rozpoznawalnych brandów w luksusowym zegarmistrzostwie.
Rodowód
Model, który testujemy, nie jest przypadkową kompozycją znanych elementów Panerai.



To świadoma, niemal archiwalna rekonstrukcja jednego, konkretnego przodka - Panerai o referencji 6152/1 z lat sześćdziesiątych z mechanizmem cal. 618, dostarczanym przez Rolexa, zegarka zamówionego przez Marina Militare dla płetwonurków bojowych. To właśnie ten model ostatecznie skodyfikował język formy, który dziś kojarzymy z Luminorem – prawdziwie „poduszkowatą” kopertę środkową, zintegrowane z bryłą koperty ucha (wcześniej, jeszcze w prototypie z 1938 roku, mocowane osobno jako druciane zaczepy paska, dopiero od 1950 roku frezowane z tego samego bloku stali, co koperta) oraz płaski mostek osłaniający koronkę.
Nowy Luminor Tropical PAM01735 powtarza rozmiar koperty oryginału niemal jeden do jednego: 47 milimetrów średnicy, czyli wymiar, którego marka przez lata unikała w głównych liniach na rzecz bardziej kompromisowych 44 milimetrów. Panerai deklaruje przy tym „nieco smuklejszy profil” w porównaniu z historycznym pierwowzorem – ukłon w stronę komfortu noszenia, choć, jak zobaczymy dalej, ukłon dość ostrożny.
Obok stalowej wersji w tym samym roku zadebiutował także wariant z obudową wykonaną z kutego tytanu (ref. PAM01629), lecz to właśnie stalowy Luminor, z tą charakterystyczną, „tropikalną” tarczą, wydaje się najpełniej oddawać ducha archiwalnego pierwowzoru.
Gra światła, klimat patyny i rzeźbiarski akcent
Biorąc ten zegarek Panerai do ręki poczujecie od razu, że to nie jest przedmiot zaprojektowany z myślą o dyskrecji. Koperta o średnicy 47 milimetrów ma kształt, który zegarmistrzowski świat nazywa „poduszką” – nie jest to jednak miękka, zaokrąglona forma, lecz bryła o wyraźnie ściętych bokach i mocno zarysowanych krawędziach, jakby ktoś wyciął ją z jednego kawałka stali, a potem dopiero pozwolił jej złagodnieć na rogach.


Powierzchnie boczne koperty są polerowane do lustrzanego połysku, więc w zależności od kąta padania światła koperta potrafi być źródłem ostrego blasku albo – gdy odbija ciemniejsze tło – zamieniać się w niemal czarną, gładką taflę. Ten kontrast poleru z bardziej stonowaną, satynowaną fakturą mostka koronki sprawia, że gdy wzrok wędruje po kopercie najpierw łapie błysk polerowanych płaszczyzn, a potem zatrzymuje się na matowej, „roboczej” fakturze mostka, który wygląda, jakby został przeszczepiony z jakiegoś ekstremalnego narzędzia.
Pełne wymiary koperty wpisują się prawie w kwadrat, to 58 milimetrów rozpiętości między końcami uch i 55 milimetrów szerokości wraz z osłoną koronki oraz 17 milimetrów grubości. Nie jest to więc zawodnik wagi lekkiej. Poza mostkiem zabezpieczającym koronkę, cała koperta jest polerowana, jednak mnogość płaszczyzn i łuków, załamania, ucha w dolnej części oraz wyraźnie odcinający się pierścień sprawiają, że zegarek ten nie wygląda ciężko ani przytłaczająco.
Sam mostek to wciąż to samo rozwiązanie opatentowane w latach pięćdziesiątych: zawiasowa dźwignia, którą unosi się, by odblokować koronkę do nastawiania czasu lub naciągania mechanizmu, a którą opuszcza się z powrotem, by solidnie docisnąć koronkę do uszczelki i zamknąć wnętrze koperty przed wodą.



To rozwiązanie czysto funkcjonalne i militarne w swojej genezie, ale w dzisiejszym wydaniu działa też jako rzeźbiarski akcent – półksiężycowaty kształt mostka przełamuje zasadniczą geometrię koperty i prowadzi spojrzenie w stronę bocznej krawędzi tarczy, gdzie zaczyna się właściwy spektakl tego zegarka.
Narrator historii i bohater całej kompozycji
Cyferblat w modelu Luminor Tropical PAM01735 to narrator tej historii i bohater całej kompozycji. Marka Panerai zastosowała tu tak zwaną tarczę kanapkową – dwie nałożone na siebie płytki, z których dolna pokryta jest w całości materiałem luminescencyjnym Super-LumiNova, a górna ma wycięte otwory w kształcie cyfr arabskich i indeksów, przez które ta poświata się przebija. W ciemności efekt jest taki, jakby cyfry były wypełnione płynnym, zielonkawym światłem, a nie tylko pomalowane luminescencyjną farbą. Panerai zadbał także o sekundnik – cztery wycięcia w subtarczy pozwalają dokładnie określić położenie wskazówki małego sekundnika względem skali wyznaczonej przez punkty 0, 15, 30 i 45.


Za dnia niekwestionowaną gwiazdą jest powierzchnia tarczy - matowa, lekko ziarnista faktura w kolorze kości słoniowej, która w centrum tarczy pozostaje jasna, delikatnie chłodniejsza, niemal kremowa, a im bliżej krawędzi, tym bardziej nasyca się ciepłym, brązowym gradientem. To tak zwana tarcza tropikalna – efekt inspirowany zjawiskiem dobrze znanym kolekcjonerom vintage’owych Panerai, gdzie oryginalnie czarne tarcze, wystawione przez dekady na działanie słońca i degradację użytych wówczas materiałów, stopniowo blakły, przechodząc przez odcienie brązu aż po jasny beż. Tu ten proces starzenia został odtworzony fabrycznie, w pełni kontrolowany, ale efekt wizualny jest zaskakująco przekonujący – jakby ktoś w laboratorium zamroził jeden konkretny moment procesu starzenia i zamknął go pod szkłem na zawsze.
Nad tarczą wznosi się mocno wypukłe szkło szafirowe, wyraźnie wybrzuszone ponad płaszczyznę koperty. To detal, który dziś kojarzy się z luksusem, ale jego geneza jest znowu czysto praktyczna: w latach sześćdziesiątych Panerai stosowała kopulaste szkła „plexi”, częściowo dlatego, że taka geometria lepiej radziła sobie z ciśnieniem, a częściowo dlatego, że dawała nurkowi nieco szerszy kąt odczytu tarczy.



Nowoczesne szkło szafirowe, znacznie twardsze i bardziej odporne na zarysowania niż dawny plexiglas, zachowuje jednak tę samą optyczną właściwość: na krawędziach kopuły obraz cyfr delikatnie się załamuje i rozciąga, tworząc subtelną soczewkową grę, która przy powolnym obracaniu nadgarstka sprawia wrażenie, jakby tarcza „oddychała”.
Układ wskazań jest przy tym demonstracyjnie prosty – dwie wskazówki o ramionach w kształcie ołówka, minimalny napis „Luminor Panerai” na godzinie dwunastej i mały sekundnik o charakterystycznym dla zegarków tego producenta kształcie liścia osadzony na godzinie dziewiątej. Żadnych dodatkowych liczników, okienka daty, żadnego elementu, który nie miałby uzasadnienia funkcjonalnego lub historycznego – to jest tarcza zaprojektowana do odczytu wskazań w ułamku sekundy, nie do kontemplacji.
Odwracając zegarek, przez wkręcany dekiel ze szkłem widać mechanizm, ale o tym za chwilę, bo zasługuje na osobny akapit. Warto tylko dodać, że cała koperta, mimo swojego rozmiaru, waży 149 gramów – to sporo jak na przedmiot noszony codziennie na nadgarstku, ale stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę ilość stali użytej do stworzenia tej bryły.



Wodoszczelność deklarowana jest na poziomie 10 barów, czyli 100 metrów, jednak marka Panerai podkreśla, że każdy egzemplarz zegarka przechodzi w manufakturze test ciśnieniowy, przekraczający deklarowaną wartość o 25 procent.
To, co wprawia naszą opowieść w ruch
Odwróćmy więc zegarek Panerai Luminor Tropical PAM01735 i spójrzmy przez szafirowe szkło w deklu na to, co wprawia naszą opowieść w ruch. Mechanizm kaliber P.3000 ma naciąg ręczny, a jego średnica to 16½ linii paryskiej – w przełożeniu na milimetry to wartość na poziomie 37,2, a oznacza to konstrukcję dużą, jak na standardy współczesnego zegarmistrzostwa, zajmującą niemal całą dostępną przestrzeń wewnątrz bardzo dużej koperty.


Grubość samego mechanizmu to zaledwie 5,3 milimetra, co przy tak dużej średnicy daje wrażenie płaskiej, rozległej płaszczyzny technicznej, bardziej przypominającej makietę jakiegoś placu niż typowy, gęsto upakowany układ mechaniczny. To właśnie ta rozległość pozwala marce Panerai na coś, co jest już jej wizualnym znakiem rozpoznawczym: zamiast siatki drobnych, osobnych mostków przykrywających koła zębate, mechanizm o oznaczeniu P.3000 operuje dużymi, monolitycznymi płytami mostków, których krawędzie są ręcznie fazowane i polerowane na wysoki połysk, kontrastujący z matowym, poziomym szczotkowaniem na powierzchniach płaskich. Wygląda to jak architektura przemysłowa – solidna, pozbawiona ornamentyki, ale zaskakująco elegancka w swojej surowości, niczym most kolejowy zaprojektowany przez inżyniera, który przypadkiem miał też oko artysty. Ten układ nie jest estetycznym kaprysem: duże, sztywne mostki lepiej rozkładają naprężenia i chronią delikatny mechanizm przed wstrząsami – rozwiązanie, które ma swoje korzenie właśnie w wojskowym rodowodzie marki, gdzie odporność na uderzenia była kwestią przetrwania sprzętu, a czasem i człowieka.
Sercem układu naciągowego są dwa bębny sprężyny pracujące szeregowo, które wspólnie magazynują energię pozwalającą na trzy pełne dni, a więc 72 godziny, niezależnego chodu po jednorazowym pełnym nakręceniu zegarka.



To wcale nie jest przypadkowa liczba: Panerai od dekad traktuje długi zapas chodu jako element swojego wojskowego dziedzictwa, sięgający czasów, gdy mechanizm Angelus SF240 z ośmiodniowym zapasem chodu montowano w zegarkach nurkowych właśnie po to, by ograniczyć częstotliwość odkręcania koronki, a tym samym zmniejszyć ryzyko naruszenia uszczelnienia koperty podczas długich misji podwodnych. P.3000, choć nie osiąga tak imponującego wyniku, kontynuuje tę samą logikę w skromniejszej, ale wciąż praktycznej skali.
Balans, którego koło ma średnicę 13,2 milimetra, wykonany jest ze stopu Glucydur – materiału odpornego na wahania temperatury i namagnesowanie, co przekłada się na większą stabilność chodu w trudnych warunkach. Pracuje z częstotliwością 21 600 wahnięć na godzinę, czyli 3 herców, co jest wartością w pełni adekwatną narzędziowego, a nie sportowego charakteru tego zegarka. Cały mechanizm zabezpieczony jest systemem antywstrząsowym Incabloc, składa się ze 161 komponentów, zaś łożyskowany jest na 21 kamieniach z syntetycznego rubinu.
Ciekawostką funkcjonalną, łatwą do przeoczenia przy pierwszym kontakcie, jest możliwość szybkiej, niezależnej korekty wskazówki godzinowej – w pierwszej pozycji koronki można przesuwać ją do przodu i do tyłu skokowo, co godzinę, bez ingerencji w bieg minut i sekund. To rozwiązanie rodem z zegarków podróżniczych, tutaj „zaszyte” w prostym, trójwskazówkowym zegarku, jako dowód praktycznego myślenia, jakie od zawsze cechowało Panerai.

Na obwodzie dekla znajdziemy wygrawerowane wszystkie dane zegarka: linie modelową, model koperty (po literach OP), klasę wodoszczelności, numer seryjny, a także informację o roku produkcji i kolejnym numerze oraz całkowitej liczbie egzemplarzy. Marka Panerai zaczęła oznaczać kolejne lata produkcji literami, zaczynając od A dla roku 1998, w roku 2023 numeracja doszła do Z, zatem od roku 2024 stosowane są oznaczenia dwuliterowe – AA, „nasz” egzemplarz ma kod rozpoczynający się od AC, ponieważ został wyprodukowany w 2026 roku.
Luminor Tropical PAM01735 na nadgarstku
To nie jest zegarek, który dyskretnie chowa się pod mankietem koszuli. To zegarek, który komunikuje swoją obecność, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży odczytać na nim godzinę. Jest tu też jednak pewien paradoks - mimo imponującej średnicy i prostych uch, zegarek, choć wizualnie ogromny, potrafi zaskakująco dobrze „usiąść” na nadgarstku, nie odstając po bokach.
To jednak nie zmienia faktu, że osoby o obwodzie nadgarstka poniżej dziewiętnastu centymetrów powinny przymierzyć ten model osobiście, najlepiej bez pośpiechu, zanim podejmą decyzję zakupową. Panerai Luminor w tej odsłonie nie jest zegarkiem uniwersalnym i chyba nigdy nie miał takim być – to raczej deklaracja stylu, adresowana do osób, które chcą, by ich zegarek był widoczny i rozpoznawalny z drugiego końca konferencyjnego stołu, a nie subtelnym dodatkiem do stroju.



Standardowo do koperty zamocowany jest pasek wykonany ze skóry cielęcej w kolorze brązowym z beżowym przeszyciem, którego szerokość przy kopercie wynosi aż 26 milimetrów i zwęża się ku zapięciu do 22 milimetrów. Zapięcie to klasyczna, stalowa szczotkowana klamra z pojedynczym trzpieniem.
Nowy zegarek dostajemy w pudełku, w którym umieszczono sprytne etui podróżne z obracanym wieczkiem. Oprócz dokumentów, w małej szufladce u dołu znajdziemy również dodatkowy pasek kauczukowy w czarnym kolorze oraz śrubokręt do zmiany paska, ponieważ nie ma tu klasycznych teleskopów, tylko śruby. Zmiana paska wymaga jednak nieco więcej wysiłku, ponieważ trzeba również zmienić klamrę.
Po kilku dniach z PAM-em 01735 mogę powiedzieć, że jak na swoje wymiary, zegarek ten jest nadspodziewanie wygodny, choć nie pozwala o sobie zapomnieć. „Tropikalny” cyferblat robi świetne wrażenie, jest diametralnie inny od tradycyjnych modeli Panerai i sprawia, że z przyjemnością spogląda się na nadgarstek, nawet, jeśli doskonale wiemy która jest godzina.
Nasza opinia o Panerai Luminor Tropical PAM01735
Wśród mocnych stron tego zegarka na pierwszym miejscu postawiłbym spójność narracyjną całego projektu. Rzadko zdarza się, by reedycja czy reinterpretacja historycznego wzoru trzymała się pierwowzoru z taką konsekwencją – od proporcji koperty, przez wypukłe szkło, po układ tarczy i kolorystykę patyny. Drugą, równie istotną zaletą jest sam mechanizm: w czasach, gdy wiele marek chowa proste technicznie konstrukcje pod pełnymi deklami, marka Panerai eksponuje architekturę P.3000 z dumą, a jego duże, ręcznie wykończone mostki naprawdę są przyjemne dla oka, nawet dla osoby niebędącej zegarmistrzowskim purystą.



Docenić trzeba też praktyczne detale zestawu sprzedażowego – zegarek trafia do klienta z dwoma paskami (skórzanym i kauczukowym), co realnie zmienia jego charakter w zależności od okazji, a ośmioletnia, rozszerzona gwarancja w ramach programu Pam.Guard buduje poczucie, że kupuje się coś zaprojektowanego z myślą o dekadach użytkowania, a nie sezonowej modzie.
Czytelność zegarka jest naprawdę wzorcowa, a obsługa – po krótkim przyzwyczajeniu do osłoniętej koronki - nie nastręcza żadnych trudności. To, co zdecydowanie według mnie nie pasuje do charakteru tego zegarka to klasa wodoszczelności. Masywny, żeby nie rzec pancerny, zegarek z opatentowaną osłoną koronki i bogatą historią nurkową brandu, oferuje wodoszczelność na poziomie… 100 metrów. Nie chodzi o to, żeby było to komukolwiek potrzebne, jednak przy takiej prezencji zegarka oczekiwałbym co najmniej trzy razy więcej. Przy cenie na poziomie niemal 53 tysiące złotych widziałbym też chętnie kompletny drugi pasek, tak, żeby nie trzeba było wymieniać klamry pomiędzy paskami.
W narzędziowym zegarku, od którego wymagamy, żeby zawsze wskazywał czas, warto byłoby też przewidzieć wskaźnik pozostałego zapasu mocy, najlepiej na spodniej stronie, gdzie nie zakłócałby wskazań, a jednocześnie odkładając zegarek wieczorem, wiedziałbym czy już trzeba go nakręcić. Oczywiście można po prostu naciągać sprężynę regularnie, co wieczór czy rano, to przyjemny rytuał, ale chyba nie o to chodzi w zegarku o trzydniowej rezerwie chodu.


Te drobne mankamenty, które wymieniłem, lub raczej moja lista życzeń, nie przesłaniają jednak niewątpliwego uroku tego na wskroś męskiego i luksusowego zegarka mechanicznego, który nie idzie za trendami minimalizacji rozmiaru koperty, ale kroczy własną, obraną przed dziesięcioleciami ścieżką bezkompromisowych instrumentów do pomiaru czasu.
Luminor Tropical PAM01735 nie próbuje być modelem dla wszystkich – jest zdecydowanie za duży, za „głośny” wizualnie i zbyt purystyczny funkcjonalnie, by trafić na każdy nadgarstek. Jednak dla osób, które szukają w zegarku nie tylko wskazania czasu, ale i namacalnego fragmentu historii, w którym stal, tryt i wojskowa dyscyplina konstrukcyjna spotykają się w jednej, spójnej formie – to propozycja wyjątkowo autentyczna. Tarcza „zestarzała” się sztucznie, ale opowieść, którą niesie ze sobie, jest jak najbardziej prawdziwa. W mojej ocenie całość finalnie jest na „duży plus”.









greenlogic.eu