Odkąd sięgam pamięcią zawsze lubiłem patrzeć w niebo. Potrafię godzinami obserwować płynące po nieboskłonie chmury, figlarne zabawy jaskółek czy też zmieniające się barwy podczas zachodów słońca. Niebo nocą także ma wiele do zaoferowania – tysiące migocących gwiazd oraz piękny Księżyc, który zmienia kształt z każdym dniem, w zależności od fazy w jakiej się znajduje.
Na to samo niebo, na które my dziś spoglądamy, patrzyli nasi przodkowie setki i tysiące lat przed nami. Choć w ostatnich dekadach nastąpiły jednak pewne zmiany, które widać dosłownie gołym okiem – w nocy, przy bezchmurnym niebie, możemy dostrzec dziesiątki latających nam nad głowami satelitów, a o każdej porze dnia przemieszczają się po niebie regularnie także samoloty, których światła sygnalizacji na kadłubie i skrzydłach mrugają miarowo, w tym samym rytmie.
Niebo wydaje się bezkresne, niczym ocean. A to dobre porównanie, gdyż dziś chcę zabrać Was w niesamowitą, podniebną podróż polskim samolotem RWD-5bis, która odbyła się… niemal sto lat temu, właśnie nad oceanem, a o której jeszcze do niedawna w ogóle nie miałem pojęcia.
Premiera zegarków typu „pilot” i ciekawa prezentacja
Historię o której Wam opowiem, sam poznałem raptem kilkanaście dni temu, dokładnie 12 sierpnia 2026 roku, podczas prezentacji w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie.



Choć pochodzę z Katowic i mieszkam w tym mieście od wielu lat, a więc relatywnie blisko Krakowa, nigdy wcześniej nie byłem w tym Muzeum. Wiedziałem, że jadę na premierę zegarków typu „pilot”, a więc wybór tego miejsca przez polskiego dystrybutora marki Aviator Swiss Made nie był przypadkowy, jednak Muzeum Lotnictwa – jego klimat, wielkość, poziom prezentacji eksponatów oraz ich ogromna liczba – było dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem.
Jeśli są wśród Was miłośnicy i miłośniczki awiacji, a nie mieliście jeszcze okazji odwiedzić Muzeum w Krakowie, to jest to pozycja obowiązkowa. Ale nawet jeśli ktoś nie jest fanem statków powietrznych to i tak uważam, że to miejsce warto zobaczyć, bo robi naprawdę duże wrażenie.


Jak wspomniałem, Muzeum Lotnictwa Polskiego wybrano na miejsce tegorocznej premiery nowego, limitowanego zegarka Aviator Swiss Made „Polska Edycja V - Kpt. Pil. Stanisław Skarżyński”. Uważam, że był to wybór doskonały, co zresztą niejednokrotnie mówiłem już po części oficjalnej organizatorom tego wydarzenia.
Punktualnie o godzinie dwunastej zaproszeni goście zebrali się w niedużej sali kinowej, znajdującej się w budynku głównym Muzeum. Co ciekawe, siedzenia w tej sali nie były takie, jakie znamy ze starych sal kinowych, czy nawet z nowoczesnych multipleksów, tylko każdy rząd stanowiły prawdziwe, szerokie fotele wykonane ze skóry, jakie wszyscy doskonale znamy z samolotów pasażerskich. Prosty pomysł, a świetnie konweniował to z klimatem tego miejsca.



W oczekiwaniu na prezentację przygotowaną przez Pawła Gigauri, Key-Account-Managera w firmie Poljot Euro, czyli dystrybutora zegarków marki Aviator Swiss Made w Polsce, wszyscy goście wygodnie rozsiedli się w fotelach. Nasz „lot” trwał około godziny, nie serwowano szampana ani wykwintnych przekąsek, jak w klasie Business, ale za to Paweł swoją świetnie przygotowaną prezentacją przeniósł nas w czasie o niemal sto lat i zabrał w niesamowity… lot nad Atlantykiem!
Duma z bycia Polakiem!
Aviator Swiss Made „Polska Edycja V - Kpt. Pil. S. Skarżyński”, a więc premierowy, limitowany model zegarka mechanicznego typu "pilot", stanowi bowiem hołd dla wybitnego polskiego pilota - ppłk. Stanisława Skarżyńskiego, który wykonał samotnie historyczny, a zarazem rekordowy lot ponad Oceanem Atlantyckim w samolocie RWD-5bis w 1933 roku. Dokonał tego jako pierwszy Polak w historii, ale co ważniejsze - jako jeden z niewielu wówczas ludzi na świecie!
Słuchając Pawła i śledząc slajdy prezentacji, która opisywała tę niesamowitą historię - jej poszczególne etapy, opis samolotu RWD-5bis, którym leciał, problemy z jakimi musiał się mierzyć sterując maszyną na podstawie kompasu i zegarka, bo nie miała radia, a z racji konieczności obniżenia jej masy także... spadochronu - można było odczuć autentyczne emocje, a zarazem dumę z bycia Polakiem. Dumę z faktu, jak wielką rzecz dokonał nasz rodak w 1933 roku.



"Zbierałem minutę po minucie i wypełniałem nimi dwudziestogodzinny dzbanek czasu" - to jedna z wielu pięknych sentencji, która pojawiła się w prezentacji i zapadła mi głęboko w pamięć.
W Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie padły też inne, uważam, że bardzo istotne słowa, które chciałbym tu przytoczyć. Otóż już po zakończonej prezentacji na scenę wkroczył Pan Gocza Gigauri, właściciel firmy Poljot Euro, który wygłosił krótkie przemówienie.
Tegoroczna „Polska Edycja” zegarka marki Aviator Swiss Made to już piąta tego typu specjalna edycja dedykowana wyłącznie na polski rynek. Pan Gocza pokrótce opowiadał o dotychczasowej drodze jaką przebyli tworząc poszczególne modele zegarków, począwszy od pierwszej edycji.
W pełnym emocji przemówieniu wyraźnie czułem pasję, z jaką mówił o każdym z zegarków, wspominał ich charakterystyczne detale oraz Polaków bądź polskie organizacje, którym oddawały hołd. W pewnym momencie powiedział coś, co także zapadło mi w pamięć i głęboko poruszyło:”…jestem Gruzinem, ale od lat tworzę polskie edycje zegarków, bo chcę coś wnieść do Polski. Chcę promować Polskę – żeby było wiadomo, że tego dokonał Polak, że to Polska!”.


I muszę przyznać, że to prawda. Nadal niewiele marek zegarkowych, oczywiście poza tymi, pochodzącymi z Polski, tworzy modele inspirowane Polską bądź naszymi osiągnięciami. Firma Poljot Euro, która ma w dystrybucji między innymi także zegarki japońskiej marki Orient i litewskiej marki Vostok Europe, od lat przekonuje swoich partnerów, aby tworzyć właśnie tego typu zegarki.
Tę postawę godną podziwu doceniła także rodzina Stanisława Skarżyńskiego, spójrzcie:



To słowa Jego wnuka, Pana Stefana Skarzyńskiego, który także był obecny na premierze modelu Aviator „Polska Edycja V - Kpt. Pil. S. Skarżyński” w Krakowie. A skoro o zegarku mowa, to padło też inne, ciekawe zdanie: „To nie zegarek ozdobiony historią, to historia przełożona na zegarek”.
Pora zatem poznać tę fascynującą opowieść i postać ppłk. Stanisława Skarżyńskiego.
Pierwszy Polak, zdobywca Atlantyku. Kpt. Pil. Stanisław Skarżyński
Stanisław Skarżyński urodził się 1 maja 1899 roku w Warcie nad Wartą. Podczas bitwy pod Radzyminem w 1920 roku, został ciężko ranny w nogę. Choć utykał do końca życia i nie mógł wrócić do służby w piechocie, nie poddał się. Przeniósł się do lotnictwa, a w 1931 roku zdobył wielki rozgłos, pokonując rajd dookoła Afryki. Ostatecznym sprawdzianem jego hartu ducha miał być jednak południowy Atlantyk.


Wyobraźmy to sobie - jest noc z 7 na 8 maja 1933 roku, niebo nad Saint-Louis w Senegalu było wyjątkowo ciche, gdy mały, srebrny samolot – niewiele większy od współczesnego samochodu - kołował ku krawędzi pasa. Za jego sterami zasiadał właśnie kapitan Stanisław Skarżyński (w źródłach i pamięci potocznej bywa czasem pomyłkowo nazywany Stefanem) – człowiek, który za chwilę miał pokonać niezmierzony ocean.
W kabinie kompas i zegarek. Nad jego głową – gwiazdy.


Żadnego radia, żadnego spadochronu.
Cytując za jego pamiętnikami: „Co mi pomoże spadochron w locie nad Atlantykiem? — najwyżej ułatwi utopienie się, a na tym zupełnie mi nie zależy.” 1936, s. 34–35. Kapitan Skarżyński nie tylko nie miał na pokładzie samolotu spadochronu, ale także sekstansu, tratwy i radiostacji!
Dlaczego? Chodziło oczywiście o redukcję masy samolotu, a najlżejsza wówczas radiostacja ważyła 60 kilogramów. Liczył się każdy gram, bo mniejsze obciążenie to mniejsze spalanie paliwa i szybszy lot. Kapitan obrał kurs: 240 stopni.


Maszyna, którą wybrano do tego wyczynu, zdawała się zupełnie nie pasować do potęgi oceanu.
Polski RWD-5bis o znakach rejestracyjnych SP-AJU ważył pusty zaledwie 446 kilogramów. Aby zmieścić dodatkowe zbiorniki na 752 litry paliwa, zdemontowano fotel pasażera.
Skarżyński zabrał ze sobą jedynie kompas, latarkę-czołówkę, trochę owoców, wodę oraz... elegancki, cywilny garnitur, w którym zasiadł w ciasnej kabinie. Twierdził pół żartem, że jeśli spadnie do wody, to i tak nic go nie uratuje, a jeśli doleci – musi przywitać Amerykę z fasonem.
Warto w tym miejscu wspomnieć jeszcze, kto przed Polakiem dokonał tego wyczynu, spójrzcie:

Jak widać, pierwszy przelot nad Atlantykiem bez lądowania w historii wykonany został w 1919 roku, a potem raptem kilka osób na świecie dokonało tego wyczynu!
Wróćmy do kabiny polskiego samolotu RWD-5bis. Lot nad czarną otchłanią oceanu trwał dokładnie 20 godzin i 30 minut. Kapitan zmagał się z potężną mgłą, turbulencjami oraz wycieńczeniem, nawigując wyłącznie według wskazań igły kompasu i zegarka.
Warto sobie uświadomić, iż lotnictwo w 1933 roku oraz maszyna pilota Skarżyńskiego to przepaść w stosunku do rozwiązań technicznych, jakie są dostępne w awiacji dziś. Samolot RWD-5bis był naprawdę mały i „surowy”, bez żadnych wygód czy udogodnień technicznych – miał jedynie nadmuchiwaną poduszkę w fotelu pilota, a paliwo w trakcie lotu przepompowywał… ręcznie!
Mając tę wiedzę tym bardziej należy docenić ten wyczyn oraz łatwiej zrozumieć, dlaczego 8 maja 1933 roku, gdy koła RWD-5bis gładko dotknęły ziemi na lotnisku w brazylijskim Maceió, lokalne władze i świadkowie nie mogli uwierzyć własnym oczom. Z miniaturowej awionetki wysiadł nienagannie ubrany polski pilot, który właśnie przebył bez międzylądowania 3 582 kilometry.



Tym wyczynem Stanisław Skarżyński pobił światowy rekord odległości w klasie samolotów turystycznych o masie własnej do 450 kg, a w 1936 roku został uhonorowany przez FAI prestiżowym Medalem Louisa Blériota. Co ciekawe, do dziś RWD-5bis pozostaje najmniejszą maszyną w historii, która samotnie pokonała Atlantyk.
Bohater z 1933 roku pozostał wierny podniebnej służbie do końca – walczył w kampanii wrześniowej, a zginął bohaterstwo 26 czerwca 1942 roku na falach Morza Północnego, gdy ratując załogę swojego bombowca po przymusowym wodowaniu, został zmyty przez morską falę.

Myślę, że żadne moje słowa nie będą stanowiły lepszego zakończenia, a zarazem klamry spajającej tę historię, niż cytat płk Ludomiła Rayskiego, z przedmowy do książki z 1936 roku: „Lotnictwo… wtedy dopiero zaczyna być wielkie, kiedy ma swoją legendę. Kapitan Skarżyński jest jednym z twórców legendy polskiego lotnictwa.”
Historia staje się zegarkiem
Przyznajcie, że dokonanie i historia Kpt. Pil. Stanisława Skarżyńskiego robią ogromne wrażenie.
Zapewne niełatwo było twórcom tego specjalnego zegarka, inspirowanego postacią wielkiego polskiego pilota, wykonać model z jednej strony atrakcyjny wizualnie, a zarazem nawiązujący do Stanisława Skarżyńskiego. Po prezentacji mieliśmy okazję zobaczyć efekt ich pracy.



Od razu powiem, że nie będę tu szczegółowo opisywał zegarków z serii Aviator Swiss Made „Polska Edycja V - Kpt. Pil. S. Skarżyński”, gdyż udało nam się pozyskać je do recenzji. Uważam, że warto poświęcić im osobny artykuł, a w tej relacji chciałem skupić się bardziej na samej premierze oraz na przybliżeniu Wam postaci Stanisława Skarżyńskiego i jego wyjątkowej historii.
Wspomnę tylko, że model ten powstał w dwóch wersjach – z kopertą pokrytą powłoką PVD w kolorze różowego złota oraz z kopertą stalową i tarczą w kolorze kości słoniowej. W mojej ocenie oba są bardzo atrakcyjne, choć muszę przyznać, że ja skłaniałbym się do wersji niebieskiej.


Zegarki oferowane są w wersji limitowanej, oba warianty przygotowane w liczbie 450 sztuk. Dlaczego akurat tyle egzemplarzy? Otóż 450 kg to klasa FAI rekordu Stanisława Skarżyńskiego.
Inspiracje i nawiązania do słynnego przelotu widać w wielu detalach zegarków, jak chociażby na ich tarczach - wzór gwiazd tłoczony w tarczy to relief, który łapie światło i iskrzy, co ma oddawać wygląd nieba tamtej nocy. Jedno oznaczenie na tarczy jest w kolorze czerwonym, to liczba 240, widoczna na krawędzi cyferblatu, czyli oryginalny kurs na 240 stopni, jaki obrał polski pilot.
Co jeszcze? Chociażby sylwetka skrzydeł polskiego samolotu RWD-5bis, jako linia horyzontu - skrzydła w poziomie, maszyna na kursie. Dysk dni tygodnia w języku polskim - każda zmiana dnia ma przypominać tamtą północ nad Atlantykiem. Każdy ruchu nadgarstka powoduje natomiast ruch wahnika, który ma kształt polskiego godła - orzeł nakręca sprężynę napędową mechanizmu.
Czerwień spodu paska, z laserowym emblematem „POLSKA EDYCJA”, jest hołdem dla Polski. Oraz oczywiście dekiel, gdzie każde z umieszczonych na jego obwodzie słów ma znaczenie.




Pudełko zegarka jest także dopracowane, to mapa przebytej przez Polaka trasy. Poza tym każdy zestaw zawiera książkę kolekcjonerską i certyfikat z indywidualnym numerem egzemplarza.
Skoro słowa płk Ludomiła Rayskiego stanowiły podsumowanie części poświęconej osobie Stanisława Skarżyńskiego, zatem zakończeniem mojej relacji, a zarazem zwieńczeniem opisu modelu Aviator Swiss Made „Polska Edycja V - Kpt. Pil. S. Skarżyński” będą słowa jego twórców:
„To wyjątkowy zegarek, o niezwykłym zagęszczeniu detali i technicznych wyzwań. Naszym celem w fazie prototypów było dopracowanie każdego elementu do końca; przechodziliśmy przez kolejne próbki, zanim dział kreatywny uznał, że iskrzenie gwiazd jest takie, jak trzeba. A teraz ja i mój zespół dbamy o to, by każda kontrola, każdego egzemplarza, była perfekcyjna - jak w standardach lotniczych, zanim zegarek trafi do właściciela." - Pascal Britsch, Master Watchmaker.




„Pokochałem historię Stanisława Skarżyńskiego i jego książkę - żyłem w niej, szukając najwierniejszej interpretacji tej pięknej opowieści. Moim celem było znaleźć najpiękniejszy i najbardziej ekscytujący sposób przełożenia jej na zegarek. Zacząłem od gwiazd - wypróbowałem ponad trzydzieści wersji gwiezdnego reliefu, zanim znalazłem tę, która iskrzy jak tamta noc." - Ivan Castro, Creative Director marki Aviator Swiss Made.
Na koniec chciałem serdecznie podziękować organizatorom premiery za zaproszenie i pogratulować dobrze zorganizowanego eventu, oraz świetnie przygotowanych zegarków.
PS. Co z tą kropką?
A jednak to nie koniec, bo chciałem jeszcze odpowiedzieć na pytanie, które zapewne zadają sobie Ci najbardziej spostrzegawczy czytelnicy. Zwróciliście uwagę, iż na slajdach, jak i w moim tekście, nazwisko Skarżyński raz jest pisane z „ż” – Skarżyński, a raz przez „rz” – Skarzyński?
Na ten także była rozmowa podczas premiery, bo przez lata kropka stanowiła ważny element rodzinnej historii Skarzyńskich - co zostało nawet określone jako „klątwa kropki”, bo kropka w dokumentach raz się pojawiała, a raz znikała.Co ciekawe, był jedynym członkiem rodziny, który miał tę kropkę w nazwisku. A dlaczego? Tu za odpowiedź, oczywiście żartobliwą, niech posłużą słowa pana Stefana Skarzyńskiego – wnuka Stanisława Skarżyńskiego, który przywołał w Krakowie rodzinną anegdotę, że „… po prostu mucha mu napszczyła w papiery”.
Sprawdź nasze pozostałe publikacje o nowościach tej marki tu: zegarki Aviator Swiss Made.
Więcej ciekawych informacji tego typu prezentujemy tu: wiadomości z branży zegarkowej.









greenlogic.eu