W miniony piątek, 10 września 2026 roku, Activity Bar "Zagrywki" na jeden wieczór przestał być zwykłym miejscem spotkań przy minigolfie i fliperach, a stał się tymczasową świątynią dla wszystkich fanów i fanek marki G-SHOCK. Powód?
Do Polski zawitał człowiek, bez którego pół świata nosiłoby dziś smuklejsze, delikatniejsze i – bądźmy szczerzy – dużo bardziej narażone na uszkodzenia zegarki. Kikuo Ibe, twórca G-SHOCK’a, w ramach swojego Legacy Tour spotkał się z polskimi fanami marki, a my także mieliśmy przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu.
Wieczór, na który czekało wiele osób
W piątkowy wieczór, po godzinie 18, w „Zagrywkach” zjawiło się spore grono zaproszonych przez G-SHOCK Polska na tę wyjątkową okazję gości – i był to zbiór naprawdę różnorodny.



Kolekcjonerzy, którzy potrafią z pamięci wymienić różnice między kolejnymi modułami "kostki", ludzie ze świata mody, dla których G-Shock od dawna jest równie dobrze pasującym dodatkiem do garnituru, co do bojówek, oraz żarliwi fani – zarówno samej japońskiej marki zegarków, jak i osobiście Pana Ibe, którego historię niejeden z obecnych mógłby opowiedzieć wyrwany z głębokiego snu. Wybór miejsca nie był przypadkowy: "Activity Bar" to przestrzeń stworzona do wspólnej zabawy, więc zamiast sztywnego, wystawowego sznytu, całość miała charakter luźnego spotkania ludzi połączonych jedną pasją.
Na sali dało się usłyszeć rozmowy o tym, kto ma ile modeli w kolekcji, kto poluje na konkretną limitowaną edycję, a kto pamięta swój pierwszy G-Shock sprzed dwudziestu lat.


Ludzie porównywali zegarki na nadgarstkach, robili sobie zdjęcia nawzajem, wymieniali numery i konta na Instagramie, żeby nie stracić kontaktu z nowo poznanymi znajomymi z branży. Był czas na rozmowy, na śmiech – i był moment, na który wszyscy właściwie czekali najbardziej.
Gdy pojawił się Kikuo Ibe, gwar na chwilę przycichł, a Pan Ibe opowiedział o swojej drodze do stworzenia pierwszego G-Shocka, o długim paśmie porażek i finalnym sukcesem.



Potem gwar ożył ze zdwojoną siłą, ustawiły się kolejki po wspólne zdjęcie, po jego autograf na kopercie ulubionej "kostki" albo na koszulce, i po ten krótki, ale zapadający w pamięć moment, w którym mówi się twórcy ulubionego przedmiotu codziennego użytku: "dziękuję, zmienił pan sposób, w jaki mierzę czas".
Pan Ibe cierpliwie pozował do kolejnego zdjęcia, składał kolejne podpisy na posterach i pasjach zegarków, zamieniał kilka słów z każdą osobą, która stanęła przed nim – i sprawiał wrażenie kogoś, kto mimo odbytych już na przestrzeni lat wielu podobnych spotkań na całym świecie, wciąż czerpie z nich autentyczną radość.



To, co uderzało najbardziej, to kontrast między naszymi wyobrażeniami a rzeczywistością. Człowiek, który kilka dekad temu w tajemnicy przed przełożonymi testował swoje wynalazki w sposób, którego żaden dzisiejszy dział bezpieczeństwa pracy by nie zaakceptował, siedział teraz spokojnie za stolikiem w warszawskim barze, otoczony ludźmi, którzy dorastali z jego wynalazkiem na ręku. W pewnym sensie robi to, co kiedyś, od czterdziestu paru lat – tyle że kiedyś jego jedyną "publicznością" był beton pod oknem firmowej toalety w siedzibie Casio.
Zanim powstał G-Shock, czyli rozbity prezent od ojca i toaleta na drugim piętrze
Historia, która doprowadziła do powstania G-Shocka, jest jedną z tych, które w branży zegarkowej opowiada się z takim samym namaszczeniem, z jakim inni opowiadają o pierwszym locie na Księżyc. Zaczyna się banalnie: młody Kikuo Ibe dostaje od ojca zegarek. To prezent, który wiele dla niego znaczy. Pewnego dnia zegarek upada na ziemię i rozbija się. Dla większości ludzi byłby to tylko przykry, szybko zapomniany incydent. Dla Pana Ibe stał się punktem zwrotnym.
W 1981 roku ruszył wewnętrzny projekt, który później zyskał nazwę "Project Team Tough".

Ibe, wraz z kilkuosobowym zespołem, postawił sobie cel, który brzmiał wówczas jak żart: stworzyć zegarek niemal niezniszczalny. Zasada, którą sam ukuł, przeszła do historii jako "potrójna dziesiątka" – bateria pracująca 10 lat, wodoszczelność na poziomie 10 barów oraz odporność na upadek z wysokości 10 metrów. Na papierze proste. W praktyce – koszmar inżynierski, bo klasyczny mechanizm zegarkowy, otoczony metalem i szkłem, po prostu nie znosi takich wstrząsów.
Przełom przyszedł w miejscu równie nieoczekiwanym, co niezwykle miłym - na placu zabaw. Ibe przyglądał się dzieciom odbijającym gumową piłkę i zauważył, że choć jej powierzchnia styka się nieustanne z twardą powierzchnią, to, co najważniejsze, chowa się bezpiecznie w środku, zawieszone i amortyzowane. Wpadł na pomysł, by dokładnie w ten sposób "zawiesić" moduł zegarka wewnątrz obudowy – tak, aby siła uderzenia rozpraszała się, zanim dotrze do delikatnego mechanizmu, a nawet przyciski sterujące zostały jedynie luźno połączone z resztą konstrukcji.



Teoria to jedno. Testy to drugie.
A testy w firmie Casio na początku lat 80. XX wieku, choć może trudno w to uwierzyć, wyglądały tak: Kikuo Ibe i jego współpracownicy chodzili do firmowej toalety na drugim piętrze i zrzucali kolejne prototypy prosto na beton – z wysokości mniej więcej dziesięciu metrów. Potem schodzili na dół, zbierali go i oceniali szkody, wracali do warsztatu, poprawiali konstrukcję i wracali na górę, żeby spróbować raz jeszcze. W ciągu dwóch lat takich prób powstało około 200 prototypów, z których zdecydowana większość rozpadała się na chodniku pod oknem. Legenda głosi, że dzięki tym codziennym wędrówkom po schodach Ibe do dziś ma wyjątkowo dobrą kondycję.

W 1983 roku, po dwóch latach upadków, pęknięć i poprawek, na świat przyszedł model DW-5000C – pierwszy zegarek, który spełniał wszystkie założenia "potrójnej dziesiątki", a jego nazwa "G-Shock" wprost odwoływała się do grawitacji, z którą Ibe toczył swój prywatny pojedynek.
W Japonii przyjęto go chłodno – rynek zdominowany był wtedy przez smukłe, eleganckie zegarki, a masywna, gumowo-plastikowa "kostka" wyglądała jak coś z zupełnie innej bajki. Przełom przyniosła dopiero Ameryka, gdzie G-Shock trafił w gusta ludzi uprawiających sport i entuzjastów mocnych wrażeń, a przebojowa reklama, w której zegarek pełnił funkcję krążka hokejowego, na dobre ugruntowała jego reputację niezniszczalnego towarzysza.



Z czasem "kostka" trafiła też na ekrany kin i do popkultury, rozrastając się o kolejne linie – przez Frogmana, Mudmana czy Rangemana, po luksusowe modele zegarków G-Shock z kolekcji MR-G (o które zresztą Maciek pytał Pana Ibe w trakcie ich indywidualnego wywiadu) oraz o głośne współprace, którymi japońska marka świętowała swoje kolejne rocznice.
Reszta jest już historią, którą tego wieczoru w Warszawie świętowaliśmy wspólnie.
Wyjątkowa rozmowa, która dopiero przed Wami
Przy okazji wizyty Pana Kikuo Ibe w Polsce otrzymaliśmy jako jedno z nielicznych mediów wyjątkową okazję spotkać się z Nim wcześniej, bo już w piątek w samo południe, w spokojniejszych okolicznościach warszawskiego hotelu Polonia Palace, i przeprowadzić dłuższą rozmowę. Pan Ibe ostatni raz odwiedził nasz kraj… 16 lat temu!




Także Jego tegoroczna wizyta stanowiła duże wydarzenie, a możliwość przeprowadzenia przez Maćka wywiadu z tym człowiekiem-legendą to dla nas ogromne wyróżnienie i zaszczyt. Ten wywiad – w którym poruszamy tematy, których próżno szukać w oficjalnych materiałach prasowych japońskiej marki – opublikujemy już niebawem, więc zachęcamy Was, abyście regularnie zaglądali na stronę „ZiP” i obserwowali nasze kanały, żeby go nie przegapić.
Trasa po Europie
Warszawa była pierwszym z przystanków tegorocznej, wrześniowej odsłony „Legacy Tour 2026”, która w ubiegłorocznej edycji prowadziła między innymi przez Francję, Niemcy i Danię.
Zaraz po wizycie w Polsce Pan Kikuo Ibe ruszył dalej w trasę po Europie – kolejno do Pragi, Mediolanu i Madrytu, gdzie na fanów czekają podobne spotkania, pełne autografów, wspólnych zdjęć i okazji do spotkania z człowiekiem, który zmienił definicję słowa "wytrzymały".
Co do samego G-Shocka – naszym zdaniem trudno o lepszy dowód na to, że dobry design oraz unikalne cechy potrafią przetrwać dosłownie wszystko – łącznie z upływem czasu.



Zegarek, który narodził się z upadku na beton pod oknem firmowej toalety, dziś gromadzi tłumy po drugiej stronie świata, a jego twórca wciąż osobiście ściska dłonie ludzi, dla których jego wynalazek stał się czymś więcej niż „tylko” zegarkiem. Pan Ibe najwyraźniej wciąż ma się czym pochwalić – i, jak pokazał warszawski wieczór, chętnie robi to osobiście.
Serdecznie dziękujemy G-SHOCK Polska za zaproszenie i świetnie zorganizowany event!
Więcej ciekawych informacji tego typu prezentujemy tu: wiadomości z branży zegarkowej.
Sprawdź też nasze pozostałe publikacje o nowościach tej marki tu: zegarki G-SHOCK.









greenlogic.eu